Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Sam czart go porzucił - fragment reportażu z książki "Sekrety i cienie"


Agnieszka Malik/Sekrety i cienie 21.01.2013

Najstarsi mieszkańcy łubniańskich wiosek na wzmiankę o diabelskim kamieniu tajemniczo się uśmiechają, jakby znali jakąś skrywaną prawdę.


Często zasłaniają się słabą pamięcią. - Pani kochana, on nie istnieje. Szkoda marnować czasu. To tylko bajka - stara się przekonać napotkana przy drodze kobiecina. Po chwili odwraca się i nie patrząc w oczy, dodaje: ? A może i nie bajka..

Proboszcz z Jełowej usłyszał o diabelskim głazie zaraz po objęciu parafii w 1997 roku. - W XVIII wieku mieszkańcy Kobylna marzyli o wybudowaniu kościoła. Obiecał im w tym pomóc hrabia Franciszek Adam von Gaschin, pan okolicznych ziem. W bierdzańskich lasach mieszkał jednak diabeł, który postanowił nie dopuścić do powstania świątyni - snuje opowieść ks. Helmut Piechota.

- Ujął w swoje kosmate łapy olbrzymi głaz i chciał go zanieść do miejsca, gdzie trwały prace. Nad ranem, gdy bies był już bliski celu, zapiał kur i diabeł stracił swą moc. Kamień upadł na ziemię i rozbił się w kawałeczki. Ksiądz nie dowierza, że w bierdzańskich lasach głaz jest nadal ukryty między drzewami. Przecież to tylko legenda. Wielu mieszkańców okolicznych wiosek chwali się jednak, że mają w domach okruchy z diabelskiego kamienia, które przekazują z ojca na syna. Jeden kawałek, mówią, jest nawet wmurowany za bocznym ołtarzem w kościele. - Gdyby to była prawda, to już nic by z diabelskiego kamienia nie zostało - śmieje się ks. Helmut.

Najstarsi mieszkańcy powiadają, że bies pomylił leśne drogi i dlatego błądził aż do rana, zanim dotarł do właściwego miejsca. Zdaniem Huberta Suszczyka, który od ponad dwudziestu lat sprawuje posługę kościelną, do budowy kościoła przyczyniła się żona grafa z turawskiego pałacu. Za młodych lat często przyjeżdżała konno do Kobylna. Słuchała opowieści drugiego męża Franciszka von Gaschina z Żyrowej o strzelistej świątyni, którą kiedyś tu postawi.

Na starość nie chciała zrezygnować ze swoich umiłowanych miejsc, więc postanowiła wznieść obiekt, na którym krzyż u zwieńczenia widziałaby ze swej turawskiej posiadłości. Miała też nadzieję, że dzięki temu umilkną plotki o krążącym nad nią fatum. Zanim przyjechała do pałacu w Turawie jako 21-letnia żona Antoniego von Loewenkrona, szczęście jej w życiu dopisywało. Pochodziła z rodziny Petera von Garniera i Marii Józefy von Chinin. Była dziewiątym dzieckiem, mającym bogactwo i szczęście zapisane w gwiazdach. 20 lutego 1746 roku wyszła za mąż i nagle wszystko zaczęło się psuć. Obydwa rody z niecierpliwością czekały na spadkobiercę, ale kolejne dzieci, które rodziła, umierały. Pochowała ich sześcioro. Zaledwie po trzynastu latach małżeństwa zmarł jej mąż.

To nie przypadek, że właśnie wtedy, w 1759 roku, ufundowała kościół w Zakrzowie Turawskim, licząc, że bogobojna postawa powstrzyma nieszczęścia. Anna Barbara niedługo nosiła żałobę po mężu. Już rok później poślubiła hrabiego von Gaschina, jednak pasmo dramatów rozwijało się nadal. Żadne z ośmiorga kolejnych potomków nie przeżyło rodziców. Najmłodsze dziecko grafini umarło w tragicznych okolicznościach. Matka doglądała akurat wieszania firanek przez służbę w sali balowej. Kilkuletni chłopczyk niepostrzeżenie podszedł do niej, a ta, nieświadoma jego obecności, zeskoczyła z parapetu i śmiertelnie dziecko przygniotła. Fundowała więc kolejne sakralne obiekty: w 1782 roku kościół w Kotorzu Wielkim pod wezwaniem św. Michała, a w 1798 roku bardzo podobny - św. Mateusza w Kobylnie. Wówczas właśnie miał pojawić się diabeł, który chciał sprzeciwić się planom hrabiny i rzucić na powstającą świątynię swój ciężki głaz.

Szatańskie sprawki

Nie wiadomo czy przypadkiem w XVII wieku nie ten sam czart rozrabiał w okolicach rzeki Mała Panew. Do dziś pozostał po nim ślad w postaci cementowego krzyża z kogutem. Żeby go zobaczyć, wystarczy przejść około dwudziestu metrów w głąb lasu między Biadaczem i Masowem. W Luboszycach stał młyn, który tak skrzypiał, że dźwięk głośnym echem roznosił się po okolicy. Denerwowało to diabła, harcującego na pobliskiej świerklańskiej łące. Najczęściej spotykał się tam z pobratymcami i grywał im na skrzypcach, siadając przy tym na wielkim kamieniu, po którym do dziś zostało wgłębienie. W końcu rozeźlony diabeł wpadł na podobny pomysł jak w Kobylnie i postanowił rozwalić młyn głazem, który dotąd był jego tronem. Toczył go przez całą noc, ale nie osiągnął celu, bo kogut obwieścił poranek i diabła opuściła czarcia moc. W czasie ucieczki słońce paliło mu kark, więc krzyczał wniebogłosy: - Biada mi, biada. A za nim rozległo się skrzypienie młyńskiego koła: - Cz..., cz..., cz...

W 1742 roku w katastrze pojawia się wzmianka o wsi Biadacz, która liczy dziewięć sadyb. Wcześniejsze zapiski mówią, że w 1260 roku znajdował się tu Ujezdez, a w 1356 roku jest mowa o miejscowości Widecz. Możliwe więc, że w legendzie tkwi ziarno prawdy. Na pamiątkę zwycięstwa dobra nad złem ludzie postawili drewniany krzyż, na którego szczycie widniała podobizna piejącego koguta. Ale czarcia moc nadal tam działa w rozbitym na małe kawałki kamieniu. Wielu spotykało duchy, które straszyły po nocach. Gdy po latach krzyż spróchniał, szybko zastąpiono go betonowym. Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że często w tym miejscu gości "mamuna", która wodzi za nos podróżnych. Godzinami, a nawet całymi dniami kręcą się w kółko i nie mogą znaleźć prawidłowej drogi.

Okruch za ołtarzem

Do dzisiejszego dnia w wielu gospodarstwach Kobylna zachowały się materialne dowody, obracające mity w namiastkę faktów. Kawałki rozbitego głazu miejscowi od trzech wieków dodają do fundamentów, aby w ten sposób przypomnieć zwycięstwo nad złymi mocami. Sporych rozmiarów okruch z diabelskiej skały wmurowano za amboną kościoła św. Mateusza. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdował się on w miejscu dzisiejszego bocznego ołtarza. Później przeniesiono go do głównego prezbiterium.

Z niedowierzaniem słuchała naszych opowieści Wiesława Jaworska, mieszkanka Kobylna, która od lat przychodzi sprzątać kościół. Zaskoczona była jeszcze bardziej, gdy po odsunięciu małego drewnianego ołtarzyka pojawił się wmurowany w ścianę fragment głazu. Była jedną z tych osób, przed którymi magiczne dzieje otwierały swoje szczelnie zamknięte rozdziały.

- Kiedy byłem małym chłopcem, biegałem do bierdzańskiego lasu, aby popatrzeć z kolegami na "diołbli kamiyń" - wspomina Hubert Suszczyk. - Bardzo baliśmy się tych wycieczek, bo trzeba było pokonać mokradła i bagienne łąki, aby dostać się do miejsca, gdzie wśród traw i drzew leżał wielkich rozmiarów głaz. Budził trwogę, a zarazem przyciągał tajemniczym wyglądem. Nie widziałem go od ponad czterdziestu lat. Teraz to bym chyba nawet do niego nie trafił.

Szychta przy organach

Podobno czarty nie cierpią dźwięku organów, więc w wielu kościołach instrumentarium to zajmuje poczesne miejsce. Zachwyca zwiedzających majestatem, jest ucztą dla melomanów. Każda piszczałka to osobna historia. Współczesna technika próbuje oszukać ucho wiernych. Zdaniem Romana Jastrzębskiego, specjalisty ze Środy Śląskiej, dziewięćdziesiąt procent słuchaczy nie jest w stanie odróżnić dźwięku współczesnych organów od dawnych piszczałkowych. Tylko koneser od razu wyłowi różnicę w brzmieniu.

Ksiądz Piechota nie umie ustalić pochodzenia drewnianych piszczałek z kościoła w Kobylnie, mimo że jako hobbysta zgłębia od lat dzieje łubniańskiej gminy. Najstarszy oficjalny dokument, w którym znalazł się zapisek o istnieniu świątyni, pochodzi z 1679 roku. Był to protokół wizytacyjny, chociaż nie znalazła się w nim wzmianka o samych organach. Księgi parafialne spłonęły w 1945 roku, więc pozostały jedynie wspomnienia żyjących mieszkańców.

Mając dobrze ponad osiemdziesiątkę Zofia Biegelmeier pamiętała jak w latach sześćdziesiątych XX wieku mieszkańcy wsi składali się na nowe organy. Stare były już bardzo zniszczone i przestały pełnić swoją funkcję. - Chłopy w czasie mszy deptali nogami po specjalnych belkach, żeby powietrze docierało do miechów i organista mógł grać - wspomina pani Zofia. - Zebraliśmy na nowszy instrument 7000 zł. To była wtedy spora suma. Ówczesny ksiądz odkupił drewniane organy z kościoła w innej wsi, bo na takie z fabryki nie było nas stać.

Nowocześniejszy nabytek miał specjalną dźwignię, którą trzeba było ręcznie wprawić w ruch, aby doprowadzić powietrze do piszczałek. Nie każdy mógł dostąpić przywileju "pompania", jak powszechnie nazywano tę czynność. Należało odpowiednio wcześniej wprowadzać powietrze do miechów, aby organista mógł wydobyć z instrumentu dźwięki.

- Zdarzało się, że nagle muzyka przerywała się w połowie, gdy pompiarz się zagapił - śmiał się kilka lat temu, nieżyjący już Jan Zombik, który jako mały chłopiec sprawował tę funkcję. - To była wielka atrakcja, ale i zarazem odpowiedzialność. Często było nas dwóch i pompowaliśmy na zmianę. W końcu któraś z parafianek ofiarowała motorek i już nie trzeba było pompować. Józef Biegelmeier jako ministrant przychodził na wyznaczoną szychtę.

Instrument kilka razy był modernizowany. Dodano metalowe piszczałki, aby uzyskać lepszy dźwięk. Kolejna renowacja zabytkowych organów w Kobylnie nie miała już sensu. Były zbyt zniszczone. - Koszt elektronicznych piszczałek to zaledwie trzy procent ceny remontu starych - wyjaśnia Roman Jastrzębski, który przyjechał zamontować instrument holenderskiej firmy Johanus Oplus 10. - Najczęściej instalujemy je w dużych kościołach, ponieważ idealnie nadają się do koncertów organowych. Mają wielkie możliwości: 26 głosów barokowych i 26 romantycznych. Nie wiadomo czy diabeł boi się także elektroniki.

Zemsta po latach

Zgodnie z podaniem ludowym czart mścił się na tych, którzy chcieli rozgrabić jego własność i zatriumfować nad diabelską niemocą, wmurowując kawałki kamienia w budynki. Najmłodsi kobylnianie mają więc przykazane, żeby nie przynosić do domów żadnych kamieni, ale nic sobie nie robią z ostrzeżeń babć i dziadków. Nie boją się wiejskich zabobonów i chętnie zapuszczają w zakazane rewiry. Sławek i Adam Świercowie chwalili się, że nieraz widzieli kamień, który dla innych jest tylko legendą. Mało kto im wierzył. Ot, dziecięce gadanie.

Najstarsi ludzie we wsi pamiętają historię biesa, której uczyli się jeszcze w szkole. Monika Jąderko chodziła do niej w końcówce lat dwudziestych ubiegłego wieku. - Raz do roku szliśmy z nauczycielami do bierdzańskich lasów oglądać wielki głaz - wspomina ze śmiechem. - Lubiłam te wycieczki, bo mieliśmy wtedy dzień wolny od nauki. Kamienny okaz coraz bardziej zapadał się w ziemię. Potem przyszła wojna i więcej go już nie widziałam. Pani Monika przypomina sobie, że w kościele farorz opowiadał na lekcji religii o tym, jak bies upuścił kamień o szóstej rano koło kobylniańskiego młyna. W miejscu tym powstał staw, który istnieje do dzisiaj. To samo mówi Zofia Biegelmeier, która uczęszczała do szkoły w Jełowej w tym samym czasie. - Kamień był ogromny, nosił ślady odłupywania - z przejęciem opowiada starsza kobieta.

No i mamy czarci kamień

Alfred Bartylla-Blanke, dawny mieszkaniec łubniańskiej gminy, dzisiaj osiadły w Niemczech, jest przekonany, że kamień to nie tylko legenda. W liście do wójta gminy Dietera Wystuba zaapelował o zwrócenie szczególnej uwagi na ochronę "skarbu naszej małej Ojczyzny": "Wspomniany głaz leży na swoim miejscu od niepamiętnych czasów, jest istotną cząstka naszej lokalnej kultury oraz przyczyną - o ile mi wiadomo - dwóch bardzo pięknych legend. Nie był otaczany odpowiednią opieką - co być może wyszło mu na dobre, przez co nie zwracali na niego uwagi nie tylko ościenni mieszkańcy, ale i barbarzyńcy, którzy gotowi byliby go potłuc na kawałki i sprzedać w tej postaci "kolekcjonerom". Byłaby to żałosna tragedia dla naszej rodzimej kultury, która jest starsza, pierwotniejsza zarówno od kultury polskiej, jak i niemieckiej".

Na dokumencie widnieje urzędowa pieczęć i adnotacja: "Proszę o zlokalizowanie głazu i informacje o dalszych krokach w sprawie". Miejscowa przypowieść zainteresowała Stanisława Musiewicza, który przyjechał do Kobylna z okolic poznańskiego. Dziewięć lat temu rozpoczął poszukiwania "diołbliego kamiyńa", zwanego też Teufelsteinem.

Jego trud został nagrodzony. - Kilka lat temu go widziałem - wyznaje pan Stanisław. Droga do głazu wiedzie przez łąki, które niemal cały rok są podmokłe. Trzeba przejść pola, rowy pełne wody i bagienne trzęsawiska. Natura dobrze broni dostępu do legendarnego kamienia. Lipcowe słońce sprzyja odkrywczej wędrówce. Po półgodzinnej przeprawie docieramy do celu. Z głazu o rozmiarach samochodu ciężarowego wyrasta stare drzewo, otulając go swymi korzeniami. Miejsce to musieli odwiedzać nieliczni wtajemniczeni, ponieważ kamień został okopany ze wszystkich stron. Dzięki temu nie zniknął pod mokrą ziemią.

Hubert Suszczyk był wyraźnie wzruszony widokiem głazu, który ostatni raz oglądał w dzieciństwie. - Przedtem leżał wyżej, teraz zapadł się w mokrą darń, ale nadal ciarki chodzą mi po plecach - wzdrygnął się kościelny. Stanisław Musiewicz nagle pobladł, a na twarz wystąpiły mu poty. - No to wracajmy - powiedział. - Nie można przy nim za długo przebywać, bo życie odbiera.