Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Cudowna moc na Opolszczyźnie


Agnieszka Malik 30.03.2015

Pod koniec września 2008 roku dwóch archeologów z Wielkiej Brytanii ogłosiło zaskakującą nowinę. Odkryli tajemnicę kamiennego kręgu w angielskim Stonehenge.


Tymczasem przypisuje im się podobne właściwości jak cudownemu źródełku wypływającemu w Studzionce koło Ujazdu. 

Pod koniec września 2008 roku dwóch archeologów z Wielkiej Brytanii ogłosiło zaskakującą nowinę. Odkryli tajemnicę kamiennego kręgu w angielskim Stonehenge. Wielkie głazy ustawione nadludzką siłą do tej pory uważano za świątynię słońca lub też centrum kontaktów z kosmitami. Tymczasem przypisuje im się podobne właściwości jak cudownemu źródełku wypływającemu w Studzionce koło Ujazdu.

Przez wieki ludzie na całym świecie podążali kilkadziesiąt a czasem kilkaset kilometrów w szczególne miejsca tylko po to, aby odzyskać utracone zdrowie. W strzeleckich wsiach eliksirem zdrowia była krystaliczna woda, a w Anglii specjalny układ kamieni. Archeolodzy odkryli, że jeden z kręgów zabarwiony był na niebiesko, co w starożytnym świecie oznaczało moc uzdrawiającą. Tuż koło niezwykłego miejsca znaleziono kości. Po zbadaniu okazało się, że za życia ludzie ci cierpieli na poważne choroby.

Kilka tysięcy kilometrów dalej przez wieki odnotowywano wiele również spektakularnych cudów. Do Ujazdu, maleńkiej miejscowości na ziemi opolskiej, podążały rzesze wiernych. Nie tracili ostatniej nadziei, mimo że od lat cierpieli na liczne schorzenia. Najwięcej osób odzyskiwało wzrok - łaską najczęściej obdarzani byli niewidzący od urodzenia. Pątników było tak wielu, że w 1794 roku Grzegorz Janas, wikary z Ujazdu wybudował wraz z wiernymi drewnianą kapliczkę. Z roku na rok sława o tym miejscu zataczała coraz większe kręgi. Do Studzionki przybywały tysiące ludzi przez co, wyświęcona budowla po latach przedstawiała żałosny widok.

Trzech okolicznych mistrzów udało się do księdza proboszcza Antoniego Mösera z prośbą, aby wspólnymi siłami wybudować kościół. Stolarz Józef Machnowski obiecał wykonać ołtarze, cukiernik Franciszek Mrozik - równocześnie właściciel kamieniołomów - dostarczyć bezpłatny budulec, a tkacz Józef Gojny zgodził się, aby na jego ziemi wykonywać cegły. Dopiero gdy mistrz powroźnik Jan Roskosch w 1854 roku przekazał na ten cel swoje pole, można było zrealizować pomysł. W miejscu dawnej kaplicy w latach 1858-1862 wybudowano kościół pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Dziś często można spotkać modlących się tu ludzi. Wielu przywozi ze sobą plastikowe butelki. Młoda kobieta naciera oczy. Trze tak mocno, że czerwienieją jej powieki, ale ona tego nie widzi. Nie czuje bólu. Chwilę wpada w zadumę i po raz kolejny dokonuje niemal rytualnego obmycia. - To stało się zupełnie nagle - mówi cicho. - Po wypadku samochodowym przestałam widzieć. Lekarze powiedzieli, że nie pomoże operacja. A ja wiem, że odzyskam wzrok.

Sposób na Tatarów

Mieszkańcy pobliskiego Kamionka wierzą, że cudowne miejsce od wieków słynie łaskami i to nie tylko związanymi ze zdrowiem. Przekazują sobie legendarne opowieści datowane na XIII wiek, które są starsze niż pierwsze pisane wzmianki o samej miejscowości. Zapiski te pochodzą dopiero z dokumentów wystawionych w 1571 roku przez księcia opolskiego Jana Dobrego. Kilka wieków wcześniej w okolicy mieli pojawić się Tatarzy, którzy chcieli we wsi założyć centrum dowodzenia. Mieszkańcom nie podobał się ten pomysł, więc pod osłoną nocy obłożyli kamieniami jedyną studnię, aby ukryć ją przed najeźdźcami. Fortel się powiódł, gdyż nieprzyjaciele nie odkryli jej mimo wielogodzinnych poszukiwań. Brak wody tak rozwścieczył dzikie plemię, że wymordowali niemal wszystkich kamionczyków. Tylko nielicznym udało się zbiec do lasu, ale bali się wrócić do wsi. Dopiero po wielu latach do opustoszałego i po części zarośniętego grodu przybyli kolejni osadnicy. Nie wiedzieli o ukrytej studni, którą w między czasie zalały wody miejscowego stawu. Gdy w upalne lato zbiornik wysechł, zaczęło brakować wody. Trzeba ją było nosić z odległej rzeki Odry.

Mieszkańcy Kamionka postanowili więc udać się do Ujazdu, aby pomodlić się o wodę. W tym miejscu chorzy obdarowywani byli hojnie wszelkimi łaskami. Po powrocie zabrali się za odmulanie pustego stawu. Gdy odgarnęli warstwę błota, okazało się, że na środku wyschniętego zbiornika znajduje się dziwna konstrukcja. Po wyrzuceniu kamieni ich oczom ukazała się studnia pełna źródlanej wody. Do dziś 2 lipca mieszkańcy Kamionka udają się z dziękczynną pielgrzymką do ujazdowskiej Studzionki.

Wzgórze choleryków

Pątnicy nadal gromadzą się zarówno przy źródle, jak i w ujazdowskim kościele przed kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, słynącego również z cudownej mocy uzdrowicielskiej. Legenda mówi, że to cudowny obraz z Jasnej Góry, który w XVIII wieku odnaleziono wraz z liturgicznym naczyniem w przepływającym nieopodal źródełku. Mieszkańcy okolic przybywali w to miejsce, żeby ubłagać Panienkę o zmiłowanie w czasie wielkiej epidemii cholery. Za ocalenie obiecali pielgrzymować do niej każdego roku.

Epidemia szalejąca w latach siedemdziesiątych XIX wieku pochłonęła wiele ofiar. W kronikach krośnickich odnotowano, że ludzi chowano we wspólnej mogile, ponieważ stolarz nie nadążał zbijać nowych trumien. Zazwyczaj groby ich znajdowały się z dala od osad, ukryte wśród drzew. Na Choleraberg w Kadłubie, czyli wzgórze choleryków, trudno trafić, choć prowadzą do niego strzałki. Wśród leśnych ścieżek łatwo się pogubić. Las skrzętnie skrywa swą tajemnicę. Miejscowi wiele lat starali się zapomnieć o tym miejscu, mimo że leżą tu ich bliscy: 21 mieszkańców Kadłuba i dwóch chłopów z Boryczy. W jeden dzień choroba pustoszyła domy, a w następny - całe okolice. Turyści chętnie zaglądają w zakazane rewiry, nie zdając sobie często sprawy, że zarazki mogą być nadal aktywne.

Tajemnicza atmosfera udziela się już w czasie poszukiwań. Na szczycie piaszczystej górki znajduje się symboliczny krzyż. Właśnie w tym miejscu jedyna osoba, nie bojąca się śmierci przysypywała wapnem tych, którzy stanęli na jej drodze. Michał Kalka woził zmarłych nocą, opatulonych w drewniane trumny, gdy wszyscy już spali. Często z dala widać było go na horyzoncie w otoczeniu miejscowych psów. Najbliżsi nie brali udziału w ostatnim pożegnaniu. Strach przed zarazą był paraliżujący.

Według przekazów pierwszą osobą, która sprowadziła zabójczą chorobę na ziemię strzelecką była żebraczka Duda. Nikt nie wie, skąd przybyła. Kręciła się po wiosce, prosząc o kawałek chleba, szukała schronienia w stodołach. Gdy znaleziono ją martwą, nie podejrzewano, że to początek epidemii. Zaraz potem zachorowały osoby, które dzień wcześniej rozmawiały z kobietą, dawały jej strawę, poufale klepały po ramieniu. Kiedy na cmentarzu w Grodźcu zabrakło miejsce, było wiadomo, że rozpoczął się pomór. Potwierdził to lekarz powiatowy doktor Bruck. Zaraz potem władze wydały zakaz pielgrzymowania na Górę św. Anny. W tym samym czasie na cholerę w Europie zmarło 40 milionów ludzi.

Kadłubskie wzgórze na początku XX wieku odkryło jeszcze jedną tajemnicę. Nieopodal leśnicy odnaleźli kości obleczone w częściowo zachowane mundury noszone przez żołnierzy armii francuskiej. Leżały przy nich elementy broni. Najprawdopodobniej były to szczątki żołnierzy napoleońskich, którzy w tych okolicach przebywali około 1812 roku. Śmiertelność francuskich przybyszów była tak duża, że już rok później otwarto dla nich szpital w murach byłego klasztoru w Jemielnicy, zlikwidowanego trzy lata wcześniej. Szybko jednak wojacy zaczęli umierać na kolejną epidemię, znaną dobrze z XVIII wieku. Jej przyczyną były powszechne pchły oraz wszy. Zarażone insekty nieodłącznie towarzyszyły przemieszczającym się taborom wojskowym. Dopiero gdy pojawiała się nagła gorączka, a twarz nieszczęśnika przybierała barwę buraka zrozumiano, że tyfus ponownie zaczął zbierać śmiertelne żniwo. Leżącym w malignie rodakom Napoleona nie mógł pomóc żaden lekarz. Właśnie dlatego miejsce ostatniego spoczynku pięciuset obcokrajowców nazwano cmentarzem francuskim. W historii zapisał się jeden cudownie ocalały - Franco Salluco, pochodzący z Włoch. W 1921 roku postanowiono upamiętnić tamte czasy stawiając obelisk.