Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Grunwald znów pełen rycerzy


Agnieszka Malik 24.07.2016

Mężczyźni złapali za miecze. Kobiety nie dopuszczono do walki, mimo że na wcześniejszych treningach niejednokrotnie pokonywały tęgich wojów.


Gawiedź wdrapywała się na drzewa, aby lepiej widzieć spotkanie dwóch potęg: polskiej i krzyżackiej. W tym roku największe historyczne widowisko zobaczyło ponad 80 tys. ludzi.

Na ubitej ziemi spotkało się rycerstwo niemal z całej Europy. Przybyli zakuci w zbroje mężowie z Włoch, Francji, Niemiec, Anglii, Białorusi, Litwy, Łotwy, Estoni, Ukrainy, Rosji i Czech. Wynik wielkiej bitwy nie zmienił się od 606 lat.

Innowacją historyczną był kilka lat temu kilkuosobowy oddział Amerykanów, którzy stanęli po stronie Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego Ulricha von Jungingena. 

Halabardy budziły powszechny podziw. W czasie walki obowiązywały zasady średniowieczne. Nawet, gdy kilka minut wcześniej król był najlepszym kumplem, to na polu walki obowiązywało nazewnictwo z epoki. Zwykli rycerze nie mieli prawa odezwać się do monarchy bezpośrednio, mógł to uczynić jedynie dowodzący drużyną. Do boju szli razem z chorągwią śląską. W czasie grunwaldzkiego starcia nie poległ żaden z rycerzy, nawet ci, którzy byli w samym centrum wydarzeń. Swój osobisty sukces zawdzięczają umiejętności i trochę zbroi, która chroniła ich przed ciosami przeciwników. A ginięcie na polu walki to wielka umiejętność. Nie zawsze pokonani chcą polec dobrowolnie. O „prawidłowe umieranie” dbali specjalni rozjemcy, oznaczeni szarfami z motywem lilii, noszonymi na głowach i rękach. Długimi kijami wskazywali osoby, które dostały śmiertelne uderzenia. Zmuszali nawet najbardziej opornych do położenia się na trawie. Co chwilę rozlegały się okrzyki rozjemców: - Zabity! Niektórzy z mniej wytrenowanych wojów chętnie korzystali ze sposobności odpoczynku choć na chwilę. Pełne uzbrojenie ważyło nawet do trzydziestu kilogramów, a słońce piekło niemiłosiernie - jak za czasów Zbyszka z Bogdańca i jasnowłosej Danusi.

Pomiędzy „trupami” kręcił się franciszkanin, który stoczył już wystarczająco wiele bitew. Postanowił trochę więcej nadać sobie dostojeństwa przywdziewając habit. Walki toczą się na ostro, mimo że miecze są stępione. Udzielał ostatniego namaszczenia „konającym”, choć żaden z nich nie chciał wyznać grzechów. Woleli odejść nieczyści.
Chwilę wcześniej w obozach pobłogosławił polskie wojska przed wyruszeniem na pozycje, potem przykląkł przed nim sam Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego, a na polu walki klękały już całe chorągwie, gdy kreślił nad nimi znak krzyża.

Walka dla 80 tys. widzów
W Bitwie nie wszystko da się wyreżyserować do końca. Kilka lat temu król Jagiełło pojechał do szpitala, gdzie miał operowaną nogę, rok później znalazł się tam potłuczony wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego, któremu składano złamany bark. Zdarzyło się też, że łucznicy zasypali gradem strzał wjeżdżające na pole bitwy karetki pogotowia. W czasie kolejnych zmagań wstrząsu mózgu nabawił się rycerz włoski, który otrzymał potężny cios w głowę, drugi jego kolega dostał udaru słonecznego. Widać bracia znad morza Śródziemnego nie są tak zaprawienie w bojach jak krajanie. Organizatorzy grunwaldzkiej bitwy oceniają, że co roku bite są rekordy. Czasami stawiało się 2500 rycerzy, giermków, ciur obozowych, rzemieślników i dam serca. W tym roku w obozie stawiło się ponad 5500 tys. miłośników historycznej rocznicy.

Rycerstwo lubuje się w dobrych trunkach i sowitej uczcie, dlatego przy okrągłych stołach zasiadło niemal tysiąc zrzeszonych braci. Wojowie nie żałowali sobie wina, piwa i miodu pitnego. Rarytasem była gruszka duszona z ogórkami wykonana zgodnie z kronikarskim opisem z 1389 roku. Smakowała przedziwnie. Niektórzy nawet chcieli dokładki, ale bardzo przypominała powidła kwaskowato-słodkawe. Nie umywały się do niej udźce wołowe z grubą szynką, prosiak w kaszy, pieczone golonki wieprzowe i inne rarytasy. W czasie uczty wszyscy rycerze zwracali się do siebie po imieniu, nawet w stosunku do króla obowiązywała ta zasada.

Rycerze nie palili papierosów, a wśród XXI-wiecznych naśladowców wielu chętnie zakurzyłoby przed małym pojedynkiem. W obozach panował jednakże zakaz. Panowie w kolczugach ćmili przy beczce pełnej wody - na takie ustępstwa pozwolili organizatorzy. Każde bractwo dostało do swojej dyspozycji jedną toaletę. Nikt też nie tłoczył się przy wejściu do łazienek - jak bywało w ubiegłych latach. Rycerze do boju ruszyli czyści.

W obozie
Rycerze mieszkają w jednych z leśnych podobozów, blisko królewskiego. Spali w namiotach, które czasami wykonane są zgodnie ze średniowiecznymi przekazami - żadnych plastikowych czy metalowych ożebrowań, tylko drewniane kołki i rycerskie flanki. Mieści się w nim dwanaście osób leżących „pokotem”, ale najważniejsze jest zachowanie autentyzmu. Luksusy zostawiają sobie na inne chwile. Do obozu otoczonego wysoką palisadą mają wstęp tylko ci, którzy ubrani są w stroje z epoki. Uczestnicy walk stali na straży obozu z pozostałymi bractwami - zgodnie z grafikiem. Nawet panie nie są zwolnione z tej funkcji. Już na drugi dzień większość się znała, więc nie było problemu z wyłapywaniem „szpiegów”.

Nikt nie próżnował. Bez przerwy odbywały się narady wojenne, trwały prace umocnieniowe, uzupełniano palisadę. Kobiety zszywały rozdarte dziury, karmiły zgłodniałych wojów lub uczestniczyły w różnorodnych warsztatach tematycznych. Padały też swoiste rekordy - zrobienie jajecznicy z trzydziestu jaj z ogórkami, cebulką i pomidorami. Na miejscu urzędowali płatnerze, którzy na zamówienie dorabiali części uzbrojenia i broni.

Po walce „nieżywi” wstali, wielotysięczny tłum przerwał kordony ochronne, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia i zebrać z pola walki jak najwięcej trofeów w postaci połamanych strzał czy fragmentów zbroi, która nie wytrzymała ataku przeciwnika. Za kolejne kilkaset lat i one mogą przejść do historii.