Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Poniedziałek, 10 grudnia 2018
Imieniny: Danieli, Bohdana, Julii


Romeo i Julia po polsku


Agnieszka Malik 20.10.2018

Dzieci od sąsiadów krzyczały za nim: - Ty polska świnio. Brat i siostra: - Odejdź Szwabie. Albert odkąd pamięta zawsze był Albertem. Zosia zawsze była Zosią. Podobno była dzieckiem wojny - zarówno tej światowej, jak i rodzinnej.


Dzieci od sąsiadów krzyczały za nim: - Ty polska świnio. Brat i siostra: - Odejdź Szwabie. Albert odkąd pamięta zawsze był Albertem. Miał 10 lat, gdy zaczęto na niego wołać Wojtek i tak zostało przez kilkadziesiąt lat. W czasie wojny zapomniał polskiej mowy. Mieszał niemieckie wyrazy z polskimi. Na podwórku nieporozumienia rozwiązywali jednak bez słów - zbrojnie.

Nie chciał iść do polskiej szkoły, bo znów musiał zaczynać od początku. O niemieckiej podstawówce matka zabroniła mu mówić. Zaczął znów od pierwszej klasy, choć czuł się na to za stary. W Kisielinie koło Zielonej Góry zobaczył w klasie orła na kawałku drewna i 15-latków, którzy przerastali go o ponad dwie głowy. Przyjechali wagonami towarowymi ze wschodnich terenów przedwojennej Polski. Byli różni, ale tacy sami - szukali miejsca dla siebie w powojennej rzeczywistości. Wraz z najbliższymi opuścili ziemie, na których rodzili się ich dziadowie, pozostawili kolegów, wspomnienia i dziewczęta z długimi warkoczami. Ich rodzice przywieźli łóżka z połamanymi nogami, krzesła, stoły, tysiące tobołków, a nawet świnie i kaczki. Wojtek patrzył na nich jak na mrówki, krążące wokół kopca. Wnosili do domów, opuszczonych przez Niemców, wielkie balie a nawet żeliwne wanny. To musiało im starczyć na odtworzenie domu.

Granica przez życie
Elfryda Hanisz, matka Alberta, urodziła się w 1899 roku w niemieckim wówczas Murkingen (Mórkowie), niedaleko Leszna. Wyszła za mąż za powstańca wielkopolskiego Wojciecha Kasperskiego. Zamieszkali po sąsiedzku, w Święciechowie, po polskiej stronie granicy, zaledwie dziesięć kilometrów od domu rodzinnego Elfrydy. Pierwszy urodził się Paweł, zwany Paulem. Przyszedł na świat w domu babki w Murkingen. Tak samo, jak kilka lat później, Albert. Zapisano w ich aktach urodzenia, że są Niemcami. Henryk, Bronisław i Marta rodzili się w Święciechowie. Byli więc Polakami.

Ich wpisy w rubryce „narodowość” determinowała pobliska granica, ta sama, która w 1939 roku podzieliła ludzi na lepszych i gorszych, na zawsze zmieniając życie pięcioosobowej rodziny. Po wybuchu wojny te kilka kilometrów również nabrało znaczenia. 18-letni Paweł został zabrany do wojska. Przed wymarszem zrobił sobie z zdjęcie w mundurze żołnierza Wehrmachtu. Obok stała matka. Ojciec nie chciał takiej pamiątki. W 1943 roku przyszły wieści spod Stalingradu - Paula Kasperskiego uznano za zaginionego. Mały Albert pamięta, jak matka przekonywała wszystkich, że to nieprawda. Wzięła nitkę, zawiesiła na niej igłę. Na stole położyła zdjęcie pierworodnego. - Poruszyła się, poruszyła - krzyczała. - On żyje. On żyje.
Dla Wojciecha syn umarł w 1939 roku, gdy ubrał niemiecki mundur.

Kraszewskiego 2
Zosia zawsze była Zosią. Podobno była dzieckiem wojny - zarówno tej światowej, jak i rodzinnej. Urodziła się w 1939 roku ponad 700 kilometrów od Alberta - w Drohobyczu (obwód lwowski). Wiele lat później w dowodzie osobistym wpisano jej jednak „ZSRR”. Nigdy nie umiała pojąć dlaczego. W pamięci zachowała dom babci Pauliny przy ulica Asnyka 5 w Stryju, jabłonkę koło cioci Janki, mleko z centryfugi, Ukrainkę Lorkę Murias z długimi włosami, z którą bawiła się lalkami, ojca Stanisława, jego kamienicę w Stryju, dom rodzinny przy Kraszewskiego 2 i płaszcz z futrzanym kołnierzem.

W grudniu 1937 roku jej matka, Maria Monasterska, pierworodna córka Jakuba, wyszła za mąż za Stanisława, zawiadowcę kolei w Stryju, starszego o 29 lat. „Wujek” bywał u nich od zawsze. Gdy miała pięć lat, recytowała mu wierszyki. Do końca swoich dni była w stanie przywołać fragmenty „Pana Tadeusza” z pamięci.

Świat Marysi rozpadł się jeszcze przed wojną, po śmierci ojca, który zmarł na serce. Gdy chorował, wizyty „dobrej partii” - jak mówiła ciotka Polaczkowa - były częstsze. - Panie Stachu, ja jeszcze żyję, córki dla pana nie mam, a moja żona nie jest jeszcze wdową - strofował Jakub.

Czwórka młodszego rodzeństwa, bieda i naciski rodziny zaprowadziły 19-letnią nauczycielkę przed ołtarz.

Zosia pamięta płacz mamy, smak głodu, wybuchy bomb, dźwięk syren alarmowych, transporty na Syberię i do kopalń w Dombasie. W 1945 roku zaczęli znikać sąsiedzi. Jedni po drugich. Zamykali domy na klucz i ruszali na zachód - do nowej Polski. Ojciec nie godził się jednak z wyrokiem historii i politycznymi decyzjami.

Wsiedli dopiero do ostatniego transportu, bo mieszkać poza granicami kraju też nie chciał. Na ich wagonie białymi literami namalowano „Kraków”, ale w nocy przyłączono go do składu, który zmierzał w kierunku Bolesławca. Stanisław wpadł we wściekłość. Nie chciał na dawne ziemie niemieckie, daleko od domu. Podróż ciągnęła się więc w nieskończoność. W drodze powrotnej do Krakowa skład zatrzymał się w Opolu. Na dworcu oczekiwały tłumy z pierwszych transportów, szukające krewnych. Wśród nich była sąsiadka ze Stryja Józia Migocka. Rzuciła się Marysi na szyję, przytuliła małą Zosię. Namawiała by wysiedli, bo tu sami swoi.

Wschodniacy, jak nazywali ich Ślązacy, lokowali się blisko dworca, by szybciej wrócić do siebie. Nie wiedzieli, że dziejowa chwila będzie trwać zawsze. Stanisław i Maria zajęli mieszkanie na pierwszym piętrze poniemieckiej kamienicy. Byli nadal wśród swoich. Wenclowie z parteru przywieźli kozę, którą trzymali w piwnicy. Wyprowadzali ją wieczorem na działeczki przed domem. Dziadek Chytry mieszkający nad nimi miał kury.

Gdy zaczęli przybijać nazwy ulic, na ich budynku pojawił się napis: Kraszewskiego 2 - taki sam jak w Stryju, do którego już nigdy nie wrócili.

Dwa światy
- To pan Żelazny, przewodniczącym komitetu rodzicielskiego, zadecydował o tym, że poszłam do technikum geodezyjnego - wspomina Zofia Kasperska. - Powojenna Polska potrzebowała wówczas geodetów, więc nawet się nie zastanawiałam.

W 1958 roku, dwa lata później, na głównym deptaku poznała Wojtka. Skończył szkołę oficerską we Wrocławiu i paradował w mundurze, przykuwając oko miejscowych dziewcząt. Młodego kaprala oddelegowano do Batalionu Remontowego Czołgów w Opolu. Do dziś nie wie, dlaczego został zawodowym żołnierzem. Czy chciał być taki jak ojciec?

Zofia urodzona w ZSRR i Wojciech z niemieckiego Murkingen wiedzieli, że polskość mają w sercach, a nie granicznych ustaleniach. Czas przyspieszył: małżeństwo, jeden syn, drugi, potem trzeci, praca, niedzielne wyjścia na msze, wakacje nad Bałtykiem. I nagle wiadomość z Czerwonego Krzyża - Paul żyje i mieszka w Bawarii.

Wojciech Kasperski wiedział jedno - musi doprowadzić do spotkania rodziców z synem. Tylko on mógł wyjechać do Niemiec w odwiedziny. Przepustką było jego miejsce urodzenia. Elfryda powtarzała jak mantrę, że zawsze wiedziała. Ojciec siedział nadal ze spuszczoną głową.

Pałac w prezencie
Wojciech wyjechał do brata na miesiąc. Dla Zosi było to 30 dni, które na zawsze zmieniły ich życie. Jej mąż stał się na powrót Albertem. W Niemczech wróciły wspomnienia. Opowiadał bratu o styczniu 1942 roku, gdy zostali wywiezieni do Zossen.

Do dziś widzi opatulonych ludzi, parę wydobywającą się z ust, niemal natychmiast zamarzające na policzkach łzy, płacz kobiet, które nie są w stanie uchronić dzieci przed wypadnięciem z drabiniastego wozu wprost pod końskie kopyta. Do pokonania mają jeszcze most na Odrze w Gubinie. Wojska niemieckie wstrzymują kawalkadę. Za chwilę będą go wysadzać. Matka błaga dowodzącego, by ich przepuścił. To ostatni transport, który przejeżdża na drugi brzeg. Za moment słychać eksplozję. Nadjeżdżają wozy kolejnych uciekinierów. Po krótkiej naradzie forsują rzekę skutą lodem. W połowie drogi słychać chrzęst. Coraz głośniejszy trzask, parskanie koni, wrzaski ludzi, piski topiących się dzieci. 7-latek zatyka uszy. Zamyka oczy. I cisza. Zupełna cisza, jakby świadkom na obu brzegach rzeki odjęło mowę.

Wspomina o ojcu, który po kilku tygodniach pracy na kolei wraca do pustego domu. - Panie, tam pojechali - wskazywali rękami sąsiedzi. - Ze sto wozów było.

Rusza za nimi pieszo. Na mapie to 250 kilometrów, ale on idzie od wioski do wioski i rozpytuje. Odnaleźli się pod koniec 1944 roku. Ojciec każe im wracać do Polski, do rodziny. Elfryda nie protestuje. To mąż jest jej domem.

W styczniu 1945 roku w Jeleniej Górze dostają nakaz kwaterunku. Obrazy z dzieciństwa przyspieszają. Docierają do opustoszałego Nowego Kisielina. Są pierwsi. Kilka osób kręci się w pałacowym majątku. Trwa pospieszne pakowanie. Na ich powitanie wychodzi właścicielka wielkiego gmaszyska. Mówi matce, że ucieka na zachód. - Przecież Ruskie idą - mówi grafini von Pfeil. - Skoro zostajecie przekazuję wam rodzinne włości.

Szczęście trwa tylko rok. Rosjanie, wracający spod Berlina, weryfikują ich prawo własności i wyrzucają z pałacu. Pustych gospodarstw jednak nie brakuje. Nikt nie chce mieszkać tak blisko niedawnego wroga.

Wskrzeszenie Paula
Zofia się opierała. Nie chciała. Błagała męża, aby tego nie robił. On jednak dał słowo, a honor u oficera Ludowego Wojska Polskiego najważniejszy. Tego uczył go ojciec. Tego nauczyła wojna.

Do tej pory wszystko w jej życiu było uporządkowane: matka, synowie, praca oraz kościół. Nagle legło w gruzach. Wojciech wrócił z Niemiec, ale o obietnicy złożonej matce Elfrydzie nie zapomniał. Zorganizuje rodzinne spotkanie. Rodzice zobaczą pierworodnego, mimo paszportów, komuny i granic nie do przekroczenia. Złożył papiery i czekał. Po pięciu latach dostał zgodę na wyjazd. Musiał zrezygnować z pracy. Był obserwowany, przepytywany, podejrzewany. Idealny kandydat na szpiega. We wrześniu 1980 roku wyjechał na chwilę, ale stan wojenny zadziałał jak rygiel.

W 1983 roku niemieckie media rozpisywały się o spotkaniu syna, zaginionego pod Stalingradem, z rodzicami. Zobaczyli się po 42 latach rozłąki. - Nie chciałaby pani zostać u siebie, w Niemczech - pytali dziennikarze. - Wracać do komunistycznej Polski? - To nie jest mój kraj - odpowiadała. - Mój dom jest w Polsce.

Bronisław, Józef i Marta, młodsze rodzeństwo Paula, nie dostali zgody na wyjazd do brata. Nigdy go nie zobaczyli.

Biało-czerwony szpieg
Zofia Kasperska czuła się rozdarta. Miejsce żony jest przy mężu. Nie wyobrażała sobie jednak życia poza ojczyzną. Działaczka, społecznica, w zarządzie Naczelnej Organizacji Technicznej była potrzebna. Niezbędna. Ksiądz jednak rozwiał jej obawy. Rodzina musi być razem. Chłopcy potrzebują ojca, a ojczyznę można zabrać ze sobą. W sercu. Postawiła jeden warunek - pojedzie, jeśli Albert znajdzie jej organizację polonijną.

W 1985 roku skierowała pierwsze kroki do Lechii w Hanau koło Frankfurtu nad Mainem. W nowym państwie czuła się przytłoczona nadmiarem bodźców, inną mentalnością. Po wejściu do salki przy kościele zlustrowało ją kilkadziesiąt par oczu. Nie umieli zrozumieć jej tęsknoty za krajem, który przed chwilą opuściła. Wielu z nich wyjechało z Polski w czasie wojny i nigdy nie wrócili. Ich obraz odbiegał od tego, wywiezionego w sercu przez Zofię. Dopiero gdy zaczęli się kłócić, machać rękoma, dzielić włos na czworo, poczuła, że jest w domu. Polska była w nich. W niej. W jej synach.

Tęsknotę za krajem przekuła na działanie: prezenty dla najmłodszych członków Lechii z okazji mikołajek, opłatek, jasełka, występy okolicznościowe, wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych, odwiedzanie grobów zmarłych Polaków w Dzień Zaduszny, wydawanie biuletynu, który na starej maszynie przepisywał jej najmłodszy syn. Na wielkie uroczystości zakładała białą bluzkę i czerwoną spódnicę. Recytowała Słowackiego, Norwida, Baczyńskiego. Śpiewali razem „Czerwone maki na Monte Cassino”, „Piękna nasza Polska cała”.

Teraz ona została szpiegiem. Starzy członkowie poczuli się zagrożeni. Wniosła w ich szeregi podmuch Polski, której nie znali. Przyjechała z kraju komunistycznego, więc musiała być wtyką, kolaborantką, sprzedawczykiem, donosicielką czy też kretem.

Zarzucano jej, że nie przemawia do nich po niemiecku, ale ona stała przecież pod polskim orłem, który wisiał na ścianie. Po roku wybrano ją na prezesa stowarzyszenia, liczącego 500 członków. Organizowała wycieczki, nawiązała współpracę z organizacjami polonijnymi w innych krajach. Do Hanau przyjeżdżały m.in. Grodzieńskie Słowiki z Grodna, Związek Polaków na Białorusi, Zespół Pieśni i Tańca Pruchnik z Jarosławia. Członkowie Lechii brali udział w festynie przyjaźni w Hanau, prezentując po raz pierwszy w historii imprezy polską kulturę i obyczaje. Kilkuletnie dziewczynki śpiewały polskie piosenki, wystrojone w krakowskie stroje, starsze - prezentowały śląskie skecze, a gospodynie częstowały pierogami. Lechia wyszła ze swoich czterech ścian i szczyciła się polskością.

Do kraju wysyłano pieniądze dla osób potrzebujących: a to wsparcie remontu domu dziecka w Opolu, a to zakup leków dla rodziny wielodzietnej w Bieszczadach czy paczki dla tych, którzy przysyłali prośby.

Zawsze na widowni był przy niej mąż, który na nowo stał się Wojciechem.
*
Zofia do dziś słabo mówi po niemiecku. Wiele lat temu razem z mężem kupili dom pod Opolem, do którego przyjeżdżają na kilka miesięcy. 2018 rok będzie jednak szczególny. Nie chcą wracać do Niemiec. Zostają na Boże Narodzenie. Z Hanau przyjedzie do nich najmłodszy syn z żoną, którą poznał w czasie wakacji w Polsce. Ich 8-letnia córka Zosia najpierw mówiła po polsku, a niemieckiego uczyła się dopiero w przedszkolu. Teraz uczęszcza dodatkowo do polskiej szkoły - tak samo jak wszystkie starsze wnuki Kasperskich.

Młodzi nie wiedzą, że pod choinką znajdą niezwykły prezent od aniołka - kilkanaście arów ziemi, tuż obok gospodarstwa rodziców. Darek zawsze chciał budować się w Polsce i wrócić do kraju, który opuścił w wieku 13 lat. Tak samo jak pozostali synowie. Oni już kupili mieszkania w Opolu.