Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Pirat na etacie


Jan Płaskoń 09.01.2013

Mając dwadzieścia lat zrozumiał, że radio działa na niego mniej więcej tak, jak typowe nałogi na innych ludzi. Prawda była dramatyczna - Damian jest uzależniony.


Jeśli ktoś uzależnił się od papierosów, to po tygodniu absencji będzie palił jeszcze więcej. Jeśli ktoś jest obżartuchem, to apetyt musi mu rosnąć w miarę jedzenia.

Zadzwonili z domu. Powiedzieli, że na podwórzu roi się od policyjnych samochodów.

- Przyjeżdżaj natychmiast! Wszystko rekwirują! - matka nie kryła irytacji.

Zapytał, czy mają nakaz przeszukania. Mieli. Skłamał, że przebywa daleko, w delegacji, i wróci dopiero wieczorem. Faktycznie był w pobliżu. Gdyby wdrapał się na drzewo, pewnie dojrzałby radiowozy. Ale tego właśnie widoku chciał uniknąć. Nie ze strachu ani z obawy, że go wypatrzą. Wolał nie widzieć jak demontują kawał jego życia. Nazajutrz sam zgłosił się na komendę. Od kilkunastu godzin w internetowej witrynie policji wisiała już informacja o wykryciu bezczelnego przestępcy, a lokalna gazeta donosiła, że może pójść do więzienia nawet na dwa lata. Oficer, który miał go przesłuchać, dorzucił na wstępie, że nie wypłaci się z grzywien do końca życia, a potem wszystko potoczyło się już według standardowych procedur.

- Imię i nazwisko? - Damian Cebula.

- Zamieszkały? - Zawada koło Opola.

- Wiek? - 23 lata.

- Czy podejrzany zrozumiał przedstawiony mu zarzut?

- Nie popełniłem żadnego przestępstwa. Ja tylko kocham radio.

Policjant spojrzał jak na wariata: - W takim razie niech pan opowiada wszystko od początku. Zaczęło się w piątej albo szóstej klasie podstawówki. Gdy chłopcy przeważnie biegali za piłką, to Damian nie mógł uwolnić się od marzenia, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie radioodbiornika. Któregoś dnia pojechał do Opola, wszedł do pierwszej po drodze rozgłośni i zapytał, czy może posiedzieć koło tego pana, który prowadzi program. Pozwolili. Do dziś pamięta, jak w studiu zapalała się czerwona lampka i cichły głośniki, kiedy prezenter włączał mikrofon, żeby zapowiedzieć audycję. Pierwszych doznań się nie zapomina.

W 1997 roku połowa miasta utonęła na kilka dni w mętnych wodach Odry. Opolskie rozgłośnie łączyły mieszkańców rozdzielonych przez powódź, pełniły rolę ratunkowych sztabów. Damian odkrył, że po drugiej stronie anteny może budzić się nadzieja i otucha dla ludzi. Miał wtedy trzynaście lat. W sklepie dla majsterkowiczów kupił za 15 złotych nadajnik do samodzielnego montażu. Polutował przewody zgodnie z instrukcją, a potem podłączył do urządzenia odtwarzacz płyt i wyemitował swój pierwszy program. Radio nadawało w promieniu 200 metrów. Zanim edukacja w podstawówce dobiegła końca, zwiększył zasięg stacji do pół kilometra. Zmontował mikser dźwięku, dzięki któremu mógł pozdrawiać Jurka wkuwającego matmę albo malującą paznokcie Majkę. Potem podłączył do miksera telefon, żeby Jurek i Majka też mogli odzywać się w eterze. Grono pedagogiczne nie zwracało uwagi na szczególne zainteresowania piętnastolatka.

Nauczycieli byli pewni, że mu przejdzie, ponieważ dzieciom w Zawadzie nie takie pomysły mijały z wiekiem. Damian zaczął kształcić się w Opolu na elektryka. Szybko odkrył, że dzięki Internetowi może zbudować w domu prawdziwe studio. W sieci łatwo było znaleźć schematy elektronicznych urządzeń i potrzebne do ich budowy elementy. Zanim skończył zawodówkę, a potem wieczorowe technikum, miał już odpowiednie komputery, profesjonalny mikser oraz dużo silniejszy nadajnik. Technologia mp3 pozwalała zaprogramować system w taki sposób, że zegar uruchamiał emisję o określonej porze i zamykał program we wskazanej godzinie. Człowiek do obsługi sprzętu był zbędny.

Eter uzależnia
Mając 20 lat, zrozumiał, że radio działa na niego mniej więcej tak, jak typowe nałogi na innych ludzi. Jeśli ktoś uzależnił się od papierosów, to po tygodniu absencji będzie palił jeszcze więcej. Jeśli ktoś jest obżartuchem, to apetyt musi mu rosnąć w miarę jedzenia. Przez kilka miesięcy Cebula zadawalał się programem w internetowej sieci Infected. Dali mu okienko muzyczne w wieczornym paśmie. Nie ruszając się z domu, mógł istnieć w wirtualnej przestrzeni dla kilkudziesięciu słuchaczy, ale pokusa, żeby zwiększać moc anteny w Zawadzie, nie minęła. Tym bardziej, gdy w pobliżu znalazł partnera nadającego na tych samych mentalnych falach. Michał Andruszko był szefem Radio-Sygnałów, emitujących program sieciowy w akademikach Uniwersytetu Opolskiego.

Damian umówił się z nim na spotkanie, a przedtem skierował dźwiękową wiązkę z Internetu na swój nadajnik. Jechali samochodem z Opola do Zawady. Kiedy Andruszko usłyszał w radiu własną stację, zatrzepotał uszami. Kilka dni później przewieźli nadajnik na dach domu studenckiego, jednego z wyższych wieżowców w mieście. Przekierowali emisję z Internetu i jak dzieci biegali z radyjkiem po dzielnicach, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Na tym jednak eksperyment się zakończył, ponieważ naczelny studenckiej rozgłośni nie chciał ryzykować kolizji z prawem.

Nadajnik wrócił do Zawady, natomiast Damian zajął się w Radio-Sygnałach stroną techniczną. Otrzymał też autorski program. Nadawał go do Opola poprzez sieć z domu, kierując jednocześnie sygnał na swoją antenę. Program był teraz słyszalny w Zawadzie w promieniu pięciu kilometrów. Mając świadomość, że jest modelowym piratem, Cebula przestrzegał dwóch fundamentalnych zasad. Zaczynał nadawać koło godz. 19., ponieważ o tej porze służby kontrolujące przestrzeń radiową miały już fajrant. Na antenie nigdy nie użył słowa nawet zbliżonego do wulgaryzmu, ani nie zajmował się polityką, żeby w razie wpadki nie narażać się na dodatkowe zarzuty.

Zatrudnił się niedaleko domu, w firmie handlującej sprzętem dla gastronomii. Mógł więc nieustannie mieć na oku antenę swojego nadajnika. Do niedawna była schowana pod dachem. Teraz tak się rozrosła, że trudno już było ją ukryć. Kumpel z pracy zawołał kiedyś do Damiana - Dambo. Dambo FM to całkiem dobra nazwa dla stacji, pomyślał Cebula, kiedy ustatkował się już w stałym paśmie 97,7. Żeby to osiągnąć, musiał włożyć spora grosza w kolejne urządzenia cyfrowe. I jeszcze trochę, aby móc nadawać programy w wersji stereo. Skonstruowanie nadajnika RDS był przejawem profesjonalnej pedanterii, a zaprogramowanie go w taki sposób, żeby w odbiornikach wyświetlały się nazwy piosenek - prawdziwym zbytkiem. Żadna koncesjonowana stacja na Opolszczyźnie nie posiadała wówczas takiej opcji.

Rozbierzcie mi dom
Żyjąc latami w błogim przekonaniu, że nie robi nic złego, Damian Cebula przestraszył się po raz pierwszy w Dniu Kobiet 2007 roku. Z samego rana zadzwonił na komórkę szef Radio-Sygnałów i szepnął konspiracyjnie: policja wszystko nam zgarnęła. Okazało się, że studencka rozgłośnia nie miała podpisanych umów ze stowarzyszeniami nadzorującymi prawa autorskie do utworów muzycznych. Musiała więc zamilknąć na pół roku. W obawie, że policjanci odkryją połączenie z Zawadą, Cebula wywiózł z domu sprzęt. Odczekał miesiąc, po czym zaczął znów nadawać. Teraz zachowywał się jak osobnik, którego nałóg pozbawił resztek zdrowego rozsądku. Dogadał się z właścicielem największej w okolicy dyskoteki i zaczął ją transmitować na swojej antenie. W Internecie uruchomił witrynę Dambo FM, podając swój adres i telefon. Co prawda przyszło mu wtedy do głowy, że najlepiej byłoby postarać się o koncesję, ale gdy zorientował się jak wielkich potrzeba na to pieniędzy, zrozumiał że nie ma szans.

W międzyczasie namierzył go krótkofalowiec z drugiego krańca Opola. Damian w dwa dni zamontował na dachu jego domu antenę i zaprogramował nadajnik tak, żeby w odpowiednim momencie przejmował sygnał z Zawady. Dambo FM można był teraz odbierać płynnie na odcinku 25 kilometrów. Jeśli nawet służby radiolokacyjne miały wieczorami wolne, to konkurencja na dłuższą metę nie mogła zdzierżyć takiej bezczelności. Przesłuchujący Cebulę policjanci mieli chyba ochotę zapytać o stan jego umysłu. Darowali sobie jednak dociekliwość, słysząc w kółko, że Damian bezgranicznie kocha radio. On sam stracił na kilka miesięcy apetyt i naturalną potrzebę snu. Przestraszony wizją więzienia i wysokich grzywien nie spodziewał się, że finał będzie wyglądał tak, jak w porządnych hollywoodzkich produkcjach.

Prowadząca rozprawę sędzia umorzyła postępowanie ze względu na niewielką szkodliwość czynu i jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo powrotu oskarżonego do przestępstwa. Wkrótce po likwidacji pirackiej stacji Cebula dostał bowiem pracę w komercyjnym Radiu Park w Kędzierzynie-Kożlu. Na internetowej stronie stacji przedstawiany jest jako główny innowator myśli technicznej i informatycznej w rozgłośni. W soboty prowadzi program, po którym gna kilkadziesiąt kilometrów do dyskoteki, żeby transmitować ją na antenie.

Odzyskawszy nieco animuszu Damian zaczął przekonywać przewodniczącą składu sędziowskiego, żeby zwróciła mu zarekwirowany przez policję sprzęt. Tłumaczył, że wydał na niego kilka tysięcy złotych, a taki z niego pirat, że nie zarobił na swoim radiu nawet grosza. Sędzia pozostała nieugięta do momentu, gdy Cebula zauważył, że w takim razie należy też rozebrać dom w Zawadzie, ponieważ on też był narzędziem niezgodnych z prawem działań. Wygłosił tę konkluzję z taką powagą, że sędzia nie umiała powstrzymać się od śmiechu.