Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Polowanie na Wita Stwosza


Jan Płaskoń 14.03.2013

Po włamaniu do kościoła św. Anny powstał w Oleśnie Społeczny Komitet Ochrony Zabytków, który ogłosił, że wypłaci grubą walutę temu, kto doprowadzi do płaskorzeźb mistrza Jana, ucznia Wita Stwosza. Dotychczas nikt się nie zgłosił.


Skruszony złodziej, a może ktoś inny, odesłał monstrancję skradzioną przed 15 laty z kościoła w Wysokiej. W Oleśnie odżyły nadzieje - może stanie się cud i na swoje miejsce powróci również zrabowany tu w tym samym czasie XVI-wieczny ołtarz. Oleskie sanktuarium pod wezwaniem św. Anny jest unikalną perłą drewnianej architektury sakralnej na Śląsku. Przez prawie pięćset lat trudnej historii śląskiej ziemi w niezmienionej postaci przetrwał też najcenniejszy zabytek oleskiego sanktuarium: wypełniający ołtarz tryptyk zwany "Wielką Świętą Rodziną", który w 1517 roku wyszedł spod dłuta krakowskiego mistrza Jana, ucznia Wita Stwosza. Płaskorzeźby przedstawiające historię narodzin Chrystusa zostały skradzione z 19 na 20 sierpnia 1994 r. Złodzieje dostali się do świątyni przez niewielkie okno nad amboną. Wspięli się po drabinie, którą zabrali z magazynku grabarza, wymontowali tryptyk i bezgłośnie wyszli drzwiami. W środku nocy nie mógł im nikt przeszkodzić, bo w pobliżu nie ma zamieszkałych domostw. Pod opieką wszystkich świętych Kiedy z początkiem lat siedemdziesiątych życie parafialne skupiło się wokół kościoła św. Rocha w centrum Olesna, uśpiona peryferyjnie św. Anna opustoszała, a służby państwowe tradycyjnie wymawiały się brakiem funduszy, żeby zabezpieczyć obiekt. Przez większość dni i w każdą noc kościół był skazany tylko na opiekę wszystkich świętych. Nabożeństwa odprawia się tu rzadko: raz w miesiącu oraz z okazji ważnych świąt. Sanktuarium ma czterdzieści okien, w których do czasu kradzieży nie było krat, a pięć par drzwi chroniły jedynie zasuwane od wewnątrz marne skoble. Każdy mógł dostać się do środka i wynieść co tylko chciał. Klucze do kościoła trzyma Dorota Szulc. Mieszka niedaleko i jest gorliwą katoliczką, dlatego proboszcz Zbigniew Donarski powierzył jej właśnie pieczę nad świątynią. Pani Dorota oprowadza czasem po sanktuarium wiernych i turystów, którzy zahaczają o Olesno w drodze na Jasną Górę. Taka grupa, chyba byli to nauczyciele, zwiedzała świętą Annę także w piątek, 19 sierpnia 1994 r. Gdy nazajutrz rano ludzie spostrzegli wybite okno i otwarte na oścież drzwi, wyszło na to, że pani Szulc była ostatnią osobą, która widziała ołtarz w stanie nienaruszonym. Komendant wojewódzki policji w Częstochowie powołał od razu specjalną grupę dochodzeniową. - Na miejscu niewiele mieliśmy do roboty - opowiadał oleski policjant, Krzysztof Łakomy. - Operacyjnie natomiast w całym kraju rozpoznawano środowiska zajmujące się nielegalnym obrotem dzieł sztuki. Nasilono kontrole graniczne. Od początku przyjęliśmy założenie, że kradzież została wykonana na zlecenie bogatego kolekcjonera albo handlarza zabytkami, ponieważ element przestępczy nie plądruje kościołów, jeśli wcześniej nie zapewni sobie zbytu. Takiego ołtarza nie można sprzedać na jarmarku staroci. Drzazga w wahadełku Piotr Stanik ma na przedmieściach Olesna warsztat samochodowy. Podobnie jak Dorota Szulc i jej mąż Krystian zalicza się do grona osób, które znacząco udzielają się w życiu parafialnym. Proboszcz Donarski urzędowo akceptuje jednak Stanika tylko do pewnych granic. Nie popiera jego zainteresowań wiedzą paranormalną, wszystkich tych wahadełek i czarów marów, bo są one, podkreśla leciwy ksiądz, sprzeczne z nauką Kościoła. Stanik uśmiecha się, słysząc, że za jego plecami duszpasterz tak się wyraził. - Niech będzie dobrodziejowi! - mówi z przekąsem. - Tylko jak się dowie, że znów pojechałem do Wrocławia, znaczy do jasnowidza, to zaraz będzie wypytywał, co nowego przywiozłem. 20 sierpnia 1994 r. Stanik podjął trop w tym miejscu, w którym stracił go policyjny pies. Pan Piotr posługuje się otwieranym wahadełkiem: do środka trzeba wetknąć drobinę z poszukiwanego przedmiotu albo cokolwiek, co miało z nim styczność. Choćby szczyptę kurzu. Stanik znalazł koło ołtarza sporą drzazgę z ukradzionego tryptyku. Nosi ją w wahadełku do dziś, wierząc, że kiedyś zaprowadzi go tam, gdzie znajdują się płaskorzeźby. Wahadełko powiodło Stanika dróżką koło lasu i dalej wzdłuż torów, do starej, opuszczonej cegielni. Od kościoła św. Anny będzie z piętnaście kilometrów. Pan Piotr zastał na miejscu mężczyznę, który miał mu powiedzieć, że pilnuje tego ponurego miejsca, ponieważ obiecano mu za to duże pieniądze. Nazajutrz Stanik pojechał do cegielni z Szulcami. Oni też słyszeli jak stróż mówił o pieniądzach. Potem wrocławski jasnowidz stwierdził, że w cegielni są schowane zrabowane dzieła, ale zaznaczył, że jeśli ktoś spróbuje odebrać je siłą, to ulegną zniszczeniu, a przy tym zginą niewinni ludzie. Powiedział jeszcze, że wszyscy zamieszani w kradzież będą nagle umierać, zaś ostatni, który zostanie przy życiu, sam przyniesie płaskorzeźby do kościoła. Pieniądze szczęścia nie dadzą Niedługo po kradzieży zginął w wypadku młody chłopak z Olesna. Woził do Niemiec drewniane palety. Podczas kolizji na autostradzie otworzyły się drzwi tira i mężczyzna wypadł na jezdnię, uderzył głową o beton. Stanik zapewnia, że jasnowidz przewidział ten wypadek miesiąc wcześniej. Mówił Stanikowi, że pewien młodzieniec zabije się między Wrocławiem a Olszyną, w powrotnej drodze z Niemiec, a pogrzeb będzie miał taki, jakiego w Oleśnie dotąd nie było. Stanik wygadał się księdzu, a proboszcz rozpowiedział ludziom, że niby ten chłopak miał wywieźć za granicę płaskorzeźby. Niesnaski z tego powstały i ksiądz musiał z ambony przepraszać rodzinę zmarłego. Rzeczywiście pogrzeb był nietypowy, ponieważ w kondukcie jechały duże ciężarowe auta, ale to przecież nic nie znaczy. Dwa lata po kradzieży ktoś wrzucił do kościelnej skarbonki kartkę. Było na niej napisane, żeby szukać ołtarza u Stanisława R. koło Wałbrzycha, który ma w Oleśnie trzech dorosłych synów. Jeden z nich wkrótce umarł. Przewrócił się na drodze i już nie wstał. A miał tylko trzydzieści lat. Stanik jeździł pod Wałbrzych kilkakrotnie, sam albo z Krystianem Szulcem. Przekonywali Stanisława R., żeby powiedział, gdzie są święte figury, to dużą nagrodę dostanie i policja o niczym się nie dowie. Staruszek musiał coś wiedzieć, bo za którymś razem rzucił mimochodem: to znajduje się w bezpiecznym miejscu i nie niszczeje. - Wiadomo co miał na myśli, bo przecież o niczym innym nie rozmawialiśmy - podkreśla Krystian Szulc. Ostatni raz pojechali do R. z pieniędzmi. Położyli na stole 30 tysięcy w stuzłotowych banknotach. Mężczyźnie rozjaśniły się oczy, jednak po chwili oznajmił, że te pieniądze szczęścia mu nie dadzą, a któryś z nich jest pewnie z policji, więc niech dłużej nie prowokują, bo on nie wie o co chodzi. Ze Stanikiem i Szulcem był wtedy jasnowidz. Gdy wyszli na drogę, powiedział: ołtarza już tu nie ma, ale kiedyś był. Niedługo potem Stanisław R. zmarł. Pewnie ze starości, choć Piotr Stanik twierdzi, że nie tylko. Po włamaniu do kościoła św. Anny powstał w Oleśnie Społeczny Komitet Ochrony Zabytków, który ogłosił, że wypłaci grubą walutę temu, kto doprowadzi do płaskorzeźb mistrza Jana, ucznia Wita Stwosza. Dotychczas nikt się nie zgłosił. Kilka lat temu policja odnalazła dwie figury z oleskiego ołtarza u pasera w Krakowe. Były mocno zniszczone. Po paru miesiącach również w Krakowe znaleziono trzecią figurę. Sąd nie chciał jej wydać, ponieważ była dwukrotnie wyższa niż zapisano w katalogu. Oleśnianie w końcu dowiedli, że to ich własność, a w katalogu popełniono błąd. Dzięki uporowi parafian ołtarz został zrekonstruowany. Piotr Stanik ciągle wierzy, że do Olesna powrócą wszystkie oryginalne elementy. Zwłaszcza teraz, gdy po 15 latach skruszony złodziej odesłał monstrancję skradzioną z kościoła w Wysokiej.