Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Fragment książki "Sekrety i Cienie" z cyklu "Opolszczyzna mało znana"


Jan Płaskoń/Agnieszka Malik 01.03.2013

Życie Waltera Świerca jest jak siedemdziesiąt lat śląskiej historii. Przebiegło prawie w jednym miejscu. W heimacie.


Zmieniały się ustroje, władza i urzędowe języki, ale dla niego wszystko było ciągle takie samo. Heimat znaczy: mała ojczyzna. Dom, w którym się urodziłeś. Sad, w którym zrywałeś jabłka. Za sadem płynął potok, ryby pluskały się w stawie, a droga koło domu biegła hen, pod las. Tam była niewidzialna granica. Zaczynał się świat, który był twoją wielką ojczyzną. Prusami, Trzecią Rzeszą, później Polską. Ale tamto było dalekie i obce. Grzmiało głośnym tembrem z głośników: trzeba bić się za Führera, trzeba odbudowywać i budować, trzeba walczyć za socjalizm. Heimat znaczy: Jełowa. Wioska przy trasie z Opola do Kluczborka. I jeszcze sąsiednie wsie: Brynica, Łubniany, Turawa. Pola i lasy upstrzone jeziorami.

Skoro urodziłeś się w trzydziestym czwartym, z ojca i matki mówiących po niemiecku - byłeś Niemcem. Jeśli po wojnie nauczyłeś się polskiego, a potem zostałeś polskim nauczycielem - kim jesteś dzisiaj? Z dzieciństwa zostają w pamięci strzępy wspomnień: rodzinny dom, niemiecki dom, matka i troje młodszego rodzeństwa. Ojciec wcielony do marynarki trafił na front zachodni, a pod koniec wojny - do francuskiej niewoli. Wrócił, kiedy przestałeś już chodzić do szkoły niemieckiej, a zacząłeś czwartą klasę w szkole polskiej. Trzy lata później, gdy zapisywałeś się do liceum pedagogicznego, ojciec powiedział: - Joł ci nie bynda przeszkadzoł, ale wolałbych, żebyś był taki sam murarz jak joł. Walter Świerc, urodzony w trzydziestym czwartym, ma teraz 73 lata i jest na emeryturze. Dom rodzinny z takiej perspektywy rozpływa się we mgle czasu, ale też pewne sprawy widać ostrzej i wyraźniej.

- Moi rodzice postępowali zawsze bardzo praktycznie - wspomina. - Przed wojną hitleryzm stanowił dla szarego człowieka takie samo zagrożenie, jak po wojnie stalinizm. Kto wzbudzał podejrzenia władzy, ten narażał się na prześladowania. Dlatego rodzice wychowywali nas w niemieckim duchu, żebyśmy nie mieli żadnych polskich obciążeń. W Jełowej większą część ludności stanowili polscy Ślązacy, ale szkoła była jedna - niemiecka. Gdy skończyła się wojna, nie umiałem sklecić zdania po polsku. Dziecko szybko się uczy. Był jedenastoletnim chłopcem, gdy przez heimat przetoczył się radziecki front. Niemiecka inteligencja zdążyła uciec. Jej miejsce zajęli w szkole Polacy, którzy przyjechali zza Buga. A on miał już wtedy wyraźny cel w życiu: zostać nauczycielem. Niemieckim czy polskim?

- Dzieci nie przeżywają różnic narodowych - tak twierdzi, a zna to przecież z autopsji. - Tym bardziej wtedy na naszym Śląsku, który z dnia na dzień stał się polski, a ci, którzy tu zostali, musieli szybko przystosować się do nowych zagrożeń. Z biegiem lat rodzice rozmawiali po niemiecku jedynie w nocy, kiedy myśleli, że śpimy i nie możemy słyszeć. Znów wykazali się praktycznym podejściem do życia: pod polską administracją należało być Polakiem.

Będziesz polski rektor

Armia Czerwona weszła do Jełowej 21 stycznia. Dwa dni wcześniej wycofujący się niemieccy zwiadowcy zajrzeli do domu Świerców. - Na co czekacie? - krzyknął przestraszony żołnierz do matki. - Uciekajcie! Świercowa odpowiedziała spokojnie: - Żeby uciekać, trzeba mieć furmankę i konie. Z pomocą przyszła sąsiadka. Załadowali na jej wóz dobytek, wyjechali na drogę, ale z naprzeciwka biegł już wujek. - Co wy robicie? Ruscy są we wsi! - ostrzegł. - Chowajcie się, bo wszystkich nas wybiją! W tamtej chwili heimat skurczył się do izby kuchennej. Dzieci schowały się pod stół i gdy minęło parę długich minut, Walter, najstarszy mężczyzna w domu, wyjrzał na podwórze. Był przygotowany, że zobaczy bestie, ludzi, którzy nie są tak naprawdę ludźmi. Taki obraz rosyjskiego żołnierza malowała przed nadejściem frontu faszystowska propaganda. Ujrzał tymczasem dwóch mizernych mężczyzn w zniszczonych mundurach. Zapytali, kim są ci, którzy tu mieszkają?

Później przyszedł oficer. Usiadł przy stole i opowiadał, ile złego Niemcy zrobili jego rodzinie. Przyglądał się matce, aż wreszcie wyjął z kabury pistolet i oznajmił, że wszyscy będą zabici, ponieważ są Niemcami, których on nienawidzi. Dowiedział się od sąsiadki, że próbowali uciekać, więc zostaną tu na zawsze. W ziemi. W tym swoim heimacie. Uratował ich polski parobek Stanisław, nazywany we wsi Stanikiem. Stał w sieni i przysłuchiwał się, a gdy zobaczył, że oficer nie żartuje, zaczął głośno przysięgać: - Oni nigdy żadnego Polaka nie skrzywdzili, odnosili się do nich po ludzku. Walter nie rozumiał o co chodzi, ale gdy Rosjanin w końcu wyszedł na dwór, zobaczył jak rozjaśniają się oczy matki.

W Jełowej mieszkała rodzina K. Pewnego dnia koło domu wylądował radziecki kukuruźnik. Żołnierze weszli do izby i wystrzelali wszystkich: siedem osób, a między nimi sześcioletnią dziewczynkę. Przez długie lat nikt we wsi nie wiedział, dlaczego to zrobili. Potem ktoś wyjawił prawdę. K. służył w Wehrmachcie na froncie wschodnim. Bestialsko obchodził się z zabranymi do niewoli Rosjanami. Gdy go w końcu dopadli, w kieszeni munduru znaleźli dokumenty, a w nich adres domu w Jełowej.

- W tym moim heimacie była to jedyna tak makabryczna zbrodnia Rosjan wspomina Walter Świerc. - Piekło zaczęło się później, gdy nastała polska komendantura. W Kobylnie panował przysłany z Zagłębia milicjant. Morderstwa i gwałty były jego ulubionym zajęciem. Został skazany po pięćdziesiątym szóstym, co jednak nie zmieniło stosunku ludzi do nowej władzy. Generał Zawadzki chyba celowo przysyłał tu największych zbirów z okolic Sosnowca. Mieli nas polonizować za każdą cenę. Tutaj każdy był dla nich Niemcem. Świerc dobrze pamięta Więcka, który mieszkał po sąsiedzku. Nazywano go przed wojną polskim królem, bo w czasie powstań śląskich ryzykował życie swoje i rodziny. - Byłem dla niego kimś ważnym, gdy poszedłem do liceum pedagogicznego. Klepał mnie po ramieniu i mówił: - Będziesz polski rektor. A ja teraz muszę iść do lasu za wyrobnika.

Proste i trudne pytania

Po ukończeniu liceum dostał skierowanie do pracy w szkole w Brynicy, parę kilometrów od Jełowej. Wrócił z Opola do swego heimatu. Wszedł do klasy, w której na tablicy był zapisany temat lekcji: "Strefy gurskich Tatr". - Kto takie byki robi? - zapytał. Uczniowie odpowiedzieli chórem: - To nasz nauczyciel napisał, proszę pana. Zaczęła się polska lekcja Świerca w najcięższych stalinowskich latach. We wsi ciągle znajdowano pociski z czasu wojny. Zdarzały się wybuchy i pożary, po których bezpieka szukała sił reakcyjnych. Wrogowie ludu byli oczywiście Niemcami, a Niemcem nadal był każdy, kto się tu urodził.

Gdy do władzy doszedł Gomułka, Świerc zaliczył służbę wojskową i wrócił do pracy. Kurator docenił talent młodego nauczyciela. Powołał go na kierownika szkoły w Kałach. Niedługo potem zaczęli odwiedzać Świerca różni panowie z jedną propozycją: należałoby się zapisać. No to się zapisał. Do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Odtąd miał spokój. W latach siedemdziesiątych został sekretarzem Wojewódzkiego Komitetu ZSL. Był nim do roku osiemdziesiątego pierwszego, kiedy fala Solidarności wstrząsnęła fasadami PRL.

- Złożyłem rezygnację - mówi - bo zdałem sobie sprawę, że funkcjonowałem w układzie, który przestał być adekwatny do nowej sytuacji. Został dyrektorem muzeum na terenie byłego obozu w Łambinowicach. Po dziewięciu latach, gdy przestał nim być i gdy cenzura nie kontrolowała już gazet, najczęściej słyszał jedno pytanie: - Jak się czuł jako Niemiec w miejscu, gdzie Niemcy dokonali zagłady tysięcy jeńców? Odpowiadał prosto: - Zawsze uważałem przynależność narodową za rzecz drugorzędną. Zasadniczą wartością jest dla mnie człowiek, który bez względu na nację jest albo dobry, albo zły, jest mądry albo - w swoim zaślepieniu - bezgranicznie głupi.

Pod koniec dyrektorowania Świerca odbyła się w jego życiu następna trudna lekcja polskiego. Z archiwów MSW wyjęto materiały ujawniające inne oblicze Łambinowic. W nieostygłym jeszcze obozie Lammsdof Urząd Bezpieczeństwa więził miejscową ludność, która miała oczekiwać przesiedlenia do Niemiec. Dla wielu był to ostatni przystanek w życiu. Gdy Walter Świerc został wybrany na wójta Turawy, musiało paść w końcu pytanie: - Kim się teraz czuje? Po długiej chwili zamyślenia odpowiedział: - Na dwóch kanałach telewizyjnych transmitowane są jednocześnie dwa mecze. Na pierwszym gra drużyna polska, a na drugim niemiecka. Który bym oglądał? Na pewno wybrałbym Polaków. Może gdybym mieszkał w Hamburgu, przełączyłbym na drugi kanał. Może. Chociaż nie jestem pewien.