Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Pamięć na gruzowisku


Jan Płaskoń 04.03.2013

Zachowania ludzi w sytuacjach ekstremalnych bywają czasem tak samo zawiłe i nieprzewidywalne jak losy pomników.


Adolf Schubert zginął w 1917. Podobnie Karl Guttmann, Paul Heisig, Erwin Losse, Adolf Kreisel, Richard Berger i jeszcze dziewiętnastu mieszkańców wsi Gräflich Wiese. W 1918 nie wróciło z wojny dwudziestu mężczyzn, wśród nich dwóch o jednakowym imieniu i nazwisku. Nie wiadomo, czy Karl Klein był synem Karla Kleina. Może jego dalszym krewnym, a może to tylko przypadkowa zbieżność. Wskazówką mogłyby być daty urodzin, ale przy zabitych podano jedynie rok śmierci. Między Kleinami znalazł się Johann Zurek. Gdyby przeżył I wojnę i doczekał końca następnej, nazywałby się pewnie Żurek, Jan Żurek. Pozostając w starym miejscu zamieszkania, musiałby też zmienić adres. Z Gräflich Wiese na Łąkę Prudnicką. Adolf Gross, Adolf Otte, Franz Heisig i Johann Sohner figurują pod rokiem1919. Znaleźli się na liście poległych, mimo że od klęski Niemiec i Austro-Węgier minęło przynajmniej kilka miesięcy. Może zmarli w domu w wyniku frontowych ran albo zostali pochowani w nieznanych miejscach, a nieśmiertelniki dotarły do rodzin z opóźnieniem. Nikt już tego nie ustali. Połowa kamiennej tablicy nie została na razie odnowiona, więc nazwiska żołnierzy z początkowych lat wojny są nieczytelne. Jeśli czerń farby wyostrzy kiedyś litery wyżłobione w szarym granicie, dowiemy się, kto jeszcze mieszkał w Gräflich Wiese przed rokiem 1914. Taka wiedza może się przydać tylko lokalnym miłośnikom historii. Potomni być może pamiętają, ale nie mogą się nią podzielić. Uciekli stąd w styczniu 1945. Zanim wieś znalazła się na linii frontu, pędzono przez nią w głąb Rzeszy więźniów obozu Auschwitz-Birkenau. Marsze śmierci zabiły wielu spośród tych, którzy uniknęli komór gazowych. Potem między domy wtoczyły się czołgi z gwiazdami na wieżyczkach. Rosjanie strzelali do wszystkiego, co niemieckie. Rodzina starej śląskiej szlachty Sedlnitzky von Choltitz ewakuowała się z zamku w ostatniej chwili. Zabrali tyle dobytku, ile zmieścili do sześciu walizek. Gdyby sołdaci wiedzieli, że zamek należał do hrabiego Dietricha, który zyskał miano bezwzględnego niszczyciela i oddanego wykonawcy planów Hitlera, zamieniliby pewnie obiekt w perzynę. Jako dowódca III batalionu 16. Pułku Powietrzno-Desantowego hrabia zdobył w morderczej walce Rotterdam. Awansowany do stopnia generała-majora zrównał z ziemią Sewastopol na Krymie. A potem uległ nieprawdopodobnej przemianie. U schyłku wojny został wezwany do głównej kwatery Führera w Kętrzynie i otrzymał nominację na komendanta Paryża. "Zrozumiałem wtedy, że Hitler jest szaleńcem" - napisze po latach w książce o ocaleniu stolicy Francji. Rozkaz wodza III Rzeszy nie pozostawiał wątpliwości: można poddać jedynie ruiny Paryża. Tylko kamień na kamieniu. Wojska alianckie były coraz bliżej, natomiast płynące z głównej kwatery żądania spalenia metropolii stawały się coraz bardziej natarczywe. Dietrich von Choltitz nawiązał kontakt z francuskim ruchem oporu, a następnie poprzez szwedzkiego konsula nakłonił dowództwo wroga, aby przyspieszyło zajęcie Paryża. 25 sierpnia 1944 r. na dworcu kolejowym Montparnasse hrabia podpisał akt kapitulacji i został jeńcem aliantów. Po wojnie zamieszkał w Baden-Baden i jeszcze długo żył z piętnem zdrajcy, niegodnym oficera, nawet barbarzyńskiej armii. Zachowania ludzi w sytuacjach ekstremalnych bywają czasem tak samo zawiłe i nieprzewidywalne jak losy pomników. Obelisk z nazwiskami poległych w I wojnie światowej mieszkańców Gräflich Wiese stał naprzeciw zamku Cholitzów, dwieście metrów od dziedzińca. Wystrzelony w styczniu 1945 z radzieckiego moździerza pocisk ledwie musnął narożną wieżę XIV-wiecznej twierdzy. Zamek popadł w ruinę znacznie później, w czasach Łąki Prudnickiej. Najpierw szabrownicy grabili wnętrza. Wynieśli meble i obrazy, wyszarpali z podłóg kafle. Nocami palili w komnatach ogniska. Potem państwo urządziło w szlacheckiej posiadłości stadninę. Konie miały dach nad głową, dopóki nie runęły przegnite więźby. Z niemieckim pomnikiem krasnoarmiejscy obeszli się według obyczaju zwycięzców. Rozwalili płyty gołymi rękoma. Sprzątanie świata po pół wieku Kiedy Łąka Prudnicka stała się skrawkiem Ziem Odzyskanych, w liczącej prawie 200 numerów wsi pozostało tylko sześć śląskich rodzin. Nie chcieli uciekać, bo uważali, że tu jest ich dom. Dopiero w latach siedemdziesiątych sentymenty przegrały z zachodnioniemiecką marką. Gierek dał im paszporty i w Łące nie został ani jeden autochton. Pierwszy transport ze Wschodu dotarł do Łąki, gdy śladów po gąsienicach sowieckich czołgów nie porosła jeszcze trawa. Z wagonów wyszli umęczeni długą drogą Polacy, którym kazano opuścić wcielone do ZSRR województwo tarnopolskie. Mogli przebierać do woli w poniemieckich gospodarstwach. W kilka miesięcy Łąka stała się wsią repatriantów i przybyszy z centralnej Polski, szukających łatwiejszego chleba. Irena Madera jest żoną sołtysa. Wiosną 2000 r. w szkołach przeprowadzano akcję sprzątania świata, a gruzowisko naprzeciw ruin zamku było wyjątkowo szpetne, w dodatku przy asfaltówce ze Śląska do Czech, którą podróżuje kawał Europy. Maderowa prowadzi w Łące Prudnickiej ośrodek kultury. Namówiła uczniów, żeby wspólnie zrobić porządki. Przyszło więcej dzieciaków, niż się spodziewała, bo ktoś powiedział, że pod rumowiskiem znajduje się wejście do tunelu łączącego zapuszczone miejsce z dawną twierdzą. Wycięli chaszcze i usunęli warstwę błotnistej ziemi, w której zastygły granitowe płyty. Większa leżała frontem do spodu. Odwrócili ją i pod pajęczyną zielonej narośli ujrzeli nazwiska w pięciu kolumnach: równomiernie ułożone, jakby w wojskowym szyku. Mniejszą płytę zdobił krzyż z ramionami zwężającymi się symetrycznie ku środkowemu punktowi. Przestrzeń między nimi wypełniały liście dębu. Na dolnym ramieniu wyryto datę - 1914, a pod krzyżem sentencję "Unseren tapferen Held" - "Naszym dzielnym bohaterom". Dziewięć lat później Maderowa powie, że gdyby w tamten poniedziałek wiedziała, iż odkrycie zaprowadzi ją przed oblicze prokuratora, to kazałaby przykryć płyty ziemią. Niechby dalej tam leżały. Szybko jednak prostuje: - Głupstwa z nerwów gadam. Postąpiłabym tak samo. Dokładnie tak samo jak wtedy. Niedawno byłam we Lwowie. Napatrzyłam się, jak czcimy pamięć Polaków na Cmentarzu Orląt oraz z jaką pogardą spoglądają czasem w naszą stronę Ukraińcy, gdy zapalamy przy grobach znicze. Różnica w tym, że ci tutaj nie szli dobrowolnie naprzeciw śmierci. Zabrano ich z gospodarstw i wysłano na wojnę, z którą nie mieli nic wspólnego. Gdy zapanował trend podpisywania umów z partnerami w Europie, władze Prudnika nieprzypadkowo wybrały w Niemczech miasto Northeim. Tam właśnie po wojennych rozdarciach osiedliło się wielu autochtonów. Wiadomość o tym, że Polacy chcą restaurować tablice z nazwiskami ich poległych krewniaków, wywołała spontaniczną reakcję. Wygnani przez historię z rodzinnych domów składali się po ile kto mógł, aby materialnie wspomóc intencje nieznajomych, z którymi historia postąpiła podobnie. W Łące powstał komitet odbudowy pomnika, a Irena Madera zorganizowała dla uczniów konkurs. Przeniesione na papier wizje zagospodarowania placu naprzeciw ruin zamku wysłano do Niemiec. Burmistrz Northeim ufundował dzieciom plecaki, kredki i flamastry. Po upadku muru berlińskiego dawni mieszkańcy Gräflich Wiese coraz częściej przyjeżdżali pooddychać światem, którego już nie było. Gdy Polska została przyjęta do zjednoczonej Europy, Maderowa wymyśliła małą integrację. Gmina zaprosiła Ślązaków z Northeim, ich dzieci oraz wnuki. Zabawa pod namiotem trwała do świtu. Ludowe piosenki niemieckie mieszały się z lwowskimi przyśpiewkami, a Karolinka szła do Gogolina w śląskiej gwarze. Tablicę przeszlifował kamieniarz z Prudnika. Odnowił nazwiska zabitych w latach 1917-1919. Rok 1916 zaczął porządkować od środka. Z granitowej szarości wyłonili się Franz Uhmann, Franz Muller oraz Florian Stephan. Zapadał zmierzch i nie dało się odczytać kolejnego nazwiska. Johann Lindner miał poczekać do rana, ale w nocy ktoś oblał tablicę farbą. Tak się poplątały losy Niemieckie pomniki wywołują na Opolszczyźnie spory i konflikty od 20 lat, kiedy zaczęły wyłaniać się z niebytu po półwieczu istnienia Ziem Odzyskanych. Jedne przetrwały milczenie historii w ziemi, inne czekały w szopach i stodołach. Niektóre wzniesiono od podstaw w miejscowościach, gdzie mniejszość niemiecka miała wpływ na większość mieszkańców. Administracja państwowa postawiła sprawę jasno: można czcić pamięć poległych, ale bez gloryfikowania symboli kojarzących się z III Rzeszą. Zastrzeżenie odnosi się zwłaszcza do hitlerowskich Żelaznych Krzyży, grawerowanych na tablicach z nazwiskami zabitych w II wojnie światowej. W 1995 r. w Łambinowicach nieznani sprawcy obłożyli drewniany krucyfiks starymi oponami, które oblali benzyną, żeby ogień miał lepszą strawę. Tej samej nocy wymalowali na marmurowym pomniku hasła: "Pojednanie to naiwność, kłamstwo i podstęp", "Nie ma przebaczenia dla niemieckiego ludobójstwa", "Giermańcom nawsiegda pomiłowania niet". Krzyż dzieli od pomnika pięć hektarów traw i lasu. Zapuszczona gleba wymieszała się tu na zawsze z prochami narodów Europy. Pomnik zbudowała ludowa władza, aby upamiętnić tysiące ofiar hitlerowskiego obozu. Krucyfiks wbili w ziemię miejscowi na pamiątkę męczarni Ślązaków uwięzionych w barakach po wojnie przez bezpiekę. Lammsdorf miał być przystankiem wysiedlanych do Niemiec. Dla wielu okazał się grobem. Żeby uporządkować problem pomników, kolejni opolscy wojewodowie wysyłali w teren komisje weryfikujące zgodność emblematów z prawem. W 2003 r. zadanie takie otrzymał Norbert Lysek, wojewódzki pełnomocnik do spraw mniejszości narodowych. Media policzyły, że mimo wcześniejszych obietnic 46 obelisków odnoszących się do II wojny światowej zawiera nadal treści niezgodne z prawem. Nie usunięto z nich Żelaznych Krzyży, nie przetłumaczono na język polski niemieckich inskrypcji. Lysek to Ślązak z dziada pradziada. - Zdawałem sobie sprawę - wspomina - że wizyta w rodzinnym Kamieniu Śląskim będzie dla mnie dramatyczna, ale nie przypuszczałem, że podrażni stare zadry. Przed pomnikiem zebrała się grupa mieszkańców. Kiedy wyjąłem aparat, żeby sfotografować Żelazny Krzyż, ktoś krzyknął: Co ty, chłopie, robisz? Przecież tu są nazwiska twoich stryjków! Ojciec by cię chyba zabił! Stary Lysek, jak go nazywali we wsi, stracił nogę pod Stalingradem. Nie prosił się na wojnę. Został przymusowo wcielony do Wehrmachtu, tak jak wszyscy sprawni fizycznie mężczyźni z Kamienia. Brat ojca był pilotem, zginął w bitwie o Anglię. Żołnierze, którzy przywieźli jego ciało, nie pozwoli rodzinie otworzyć metalowej trumny. Drugi brat nie wrócił z kotła na Łuku Kurskim. Uwieczniono go na pomniku, ale nikt nie wie, gdzie spoczęły kości. Ich ojciec między wojnami walczył przeciwko Niemcom w powstaniach śląskich. - Nie wiem, co by dziadek powiedział, gdyby zobaczył imiona synów pod Żelaznym Krzyżem - zastanawia się Norbert Lysek. - Tak się poplątały nasze losy. Sekretarz podzielił fobie radnego Farbę z tablicy w Łące Prudnickiej dało się łatwo zmyć, ale kolejne nazwiska nie były już odnawiane. Niespodziewanie zgłosił się na policję właściciel zakładu nagrobkowego z żądaniem zwrotu mienia. Kupił granitowe płyty od gminy jeszcze w 1989 r. Dał 30 tys. starych złotych. Nie zabierał ich przez dwanaście lat, bo nie były mu potrzebne, natomiast teraz chce użyć budulca na grobie swoich rodziców. Może odsprzedać, lecz za dużo więcej niż 300 nowych złotych. Tablica z nazwiskami ofiar I wojny pojechała do zakładu. Druga została na starym miejscu. Długo trwały targi z kamieniarzem, aż w końcu burmistrz Prudnika powiedział, że ma tego dość, ponieważ gminę nie stać na odkupienie płyt, mimo że bezprawnie je sprzedała. Sytuacja zmieniła się po wyborach. Rada gminy w 2008 r. przeznaczyła 20 tys. złotych na uporządkowanie placu i renowację pomnika, a nowy burmistrz Franciszek Fejdych udzielał już wywiadów o przykładnym pojednaniu Polaków i Niemców. Płyta wróciła na plac przed zamkiem. Została zamontowana na nowym postumencie. Kamieniarz miał zaczynać renowację kolejnych nazwisk, gdy do sprawy wkroczyła prokuratura. Były poseł, a teraz radny Prawa i Sprawiedliwości Jerzy Czerwiński złożył zawiadomienie o zamiarze propagowania nazizmu w Łące Prudnickiej. Prawicowy działacz nabrał podejrzeń, gdy zobaczył drugą część pomnika z wyżłobionym w kamieniu Żelaznym Krzyżem. Zanim poszedł do prokuratury, próbował nakłonić wojewodę do anulowania decyzji lokalnego samorządu. Nic nie wskórał, ponieważ rok wcześniej Wojewódzki Komitet Ochrony Walki i Męczeństwa w Opolu uznał, że pomniki z I wojny światowej mają być traktowane jako obiekty historyczne i nie można kwestionować zawartych na nich treści. Czerwiński nie chce przyjąć do wiadomości, że krzyż z 1914 roku i krzyż nadawany przez reżim Hitlera to dwa różne symbole, a samo odznaczenie zostało wprowadzone przez króla Prus w czasie wojen napoleońskich. Nie chce słyszeć, że w czasie I wojny światowej Żelazny Krzyż cieszył się prestiżem również w szeregach polskich legionistów. Eks-poseł napisał na wojewodę skargę do sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika. Prokurator przesłuchał osoby zaangażowane w renowację pomnika i nie dopatrzył się znamion przestępstwa. Mimo to prace na placu przed zamkiem zostały wstrzymane, bo sekretarz Przewoźnik podzielił lęki radnego Czerwińskiego. Nie trzeba, bo zlecą się sępy Wiceburmistrz Prudnika Stanisław Hawron mówi, że nikt nie chce politycznej zadymy w Łące Prudnickiej. Urząd będzie więc czekał aż Przewoźnik zechce pisemnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego wyraża się negatywnie o pomniku: - Pan sekretarz sugeruje w mediach, że najlepiej byłoby przenieść płyty na cmentarz, bo dla Polaka żaden niemiecki żołnierz nie jest bohaterem, a tak napisano na pomniku. Hawron nie może się nadziwić, że ktoś jeszcze tak pokracznie pojmuje historię. Zwłaszcza że pomnik chcą odnowić Polacy, którzy najlepiej odczuwają ból związany z pielęgnowaniem swoich miejsc pamięci na Kresach. Niejeden mieszkaniec Łąki zaciskał zęby, gdy ukraińskie władze utrudniały renowację polskich śladów we Lwowie. W październiku 2009 przyjechała do Łąki sejmowa Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Po rozmowie z ludźmi we wsi posłowie wezwali ministra kultury, aby nakłonił Andrzeja Przewoźnika do udzielenia odpowiedzi, gdyż ustawowy termin minął pół roku temu. Irena Maderowa wie, że renowację pomnika można by dokończyć bez uwzględniania stanowiska sekretarza, bo w imieniu rządu pozytywną decyzję wydał już wojewoda opolski. Nie chce jednak być znowu wzywana do prokuratury. Nie chce taniej sensacji. Na ostatnie spotkanie autochtonów przyjechał z Niemiec mężczyzna w mocno podeszłym wieku. Płakał, trzęsły mu się ręce. Gdy oswoił się trochę z otoczeniem, powiedział, że przez sześćdziesiąt cztery lata bał się tu wrócić. W czterdziestym piątym Rosjanie zastrzelili mu ojca i na jego oczach zakopali ciało w ziemi. Dobrze zapamiętał miejsce. Przy studni, niedaleko domu Maderów. Pani Irena zapytała, czy chce, żeby ktoś rozkopał ziemię. - Nie trzeba - odparł staruszek, zapalając koło studni świeczkę. - Nie trzeba, bo zaraz zlecą się sępy.