Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Nieboszczyk był bez głowy


jp 24.03.2014

Roman Kwaśniewski był jednym z najwybitniejszych opolskich fotoreporterów. Zmarł nagle w 2011 roku na raka.


24 stycznia odszedł po długiej chorobie znany fotoreporter Roman Kwaśniewski. Pozostawił po sobie ponad 100 tys. zdjęć i wiele niezapomnianych wspomnień. W latach 80-tych pracował w "Trybunie Opolskiej" i publikował zdjęcia w miesięczniku "Opole". Później przez wiele lat był związany z "Gazetą Opolską", w której pełnił również funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Fotografie Romka ukazywały się w licznych czasopismach w kraju i zagranicą. Do końca wierzył, że uda mu się jeszcze wygrać strzęp czasu w ziemskim wymiarze. Przebywając na szpitalnym łóżku obiecywał, że za kilka dni pogadamy, jak zawsze, u niego w domu. Przenaczenie okazało się szbsze niż migawka w aparacie i nie pozwoliło Mu spełnić tej ostatniej obietnicy, Publikujemy wywiad z Romkiem, przeprowadzony z okazji wystawy Jego zdjęć, którą w 2009 r. przygotowała opolska Galeria Współczesna.

- Pamiętasz swoje pierwsze zdjęcie?
- Tego się nie zapomina. Miałem 9, może 10 lat i przebywając u krewnej koło Kłodzka, wypatrzyłem w szafce aparat fotograficzny. To był prymitywny model chyba Aquy, ze stałym czasem naświetlania, a przysłonę ustawiało się za pomocą wysuwanej blaszki, w której znajdowały się trzy otwory różnej wielkości. Ciocia zauważyła, że bardzo mi się spodobał, więc powiedziała, że mogę go sobie wziąć. Przy Ozimskiej w Opolu był sklep z artykułami dla fotografujących. Kupiłem film, wywoływacz i utrwalacz. Nie było wtedy żadnych poradników. Wszystko, co wiedziałem, wynikało z krótkich instrukcji na opakowaniach chemikaliów i paru podpowiedzi sprzedawcy ze sklepu. Pierwsze zdjęcie zrobiłem mojej babci. Zamknąłem się w ciemnej łazience i gdy wreszcie po zapaleniu światła zobaczyłem na negatywie jej twarz, zadziałało to niemal jak cud. Biegłem pędem z Dubois na Plebiscytową, gdzie babcia mieszkała, żeby podzielić się z nią niesamowitą radością. Dzisiaj prawie każdy ma cyfrowy aparat, z wakacji przywozimy setki zdjęć, ale takich emocji już się nie doznaje.

- Przypadek zadecydował, że fotografowanie stało się twoim zawodem i pasją?
- Chyba tak. Coraz więcej czasu spędzałem w ciemni, dochodząc metodą prób i błędów do zasad, które dziś są powszechnie dostępne w książkach czy w Internecie. Mało kto się jednak nimi interesuje, bo automatyka w aparatach „myśli” za nas, a jeśli nawet coś nie wyjdzie, to zawsze można poprawić w komputerze. Pod koniec lat 50. tato kupił mi radziecką „Smienę” i był to już dla mnie szczyt techniki. Błona małoobrazkowa, duża skala przysłon, jednym ruchem naciągało się migawkę. W szkole średniej już za własne pieniądze kupiłem również rosyjską „Zorki” z dalmierzem, więc czułem się jak w siódmym niebie. Po sąsiedzku mieszkał pan Jabłoński, który dorabiał robieniem zdjęć do dowodów osobistych. Pozwolił mi korzystać z powiększalnika. W szkole była pracownia fotograficzna, której prowadzenie nauczyciel chemii scedował na mnie, więc praktycznie nie rozstawałem się z aparatem. Później podjąłem pracę w technikum mechanicznym i sam uczyłem fotografii na zajęciach pozalekcyjnych. Przygotowywałem w szkole pierwsze wystawy. Tak to się mniej więcej zaczynało.

- Publikowałeś już wtedy zdjęcia w prasie?
- Przed maturą zaniosłem do „Trybuny Opolskiej” zdjęcie z jakichś szkolnych zawodów sportowych. Julek Stecki wziął je na swoją kolumnę, ale wtedy przez myśl mi nawet nie przeszło, że kiedyś będę w tej redakcji pracował, choć doświadczenia reporterskie stawały mi się coraz bliższe. Pojechałem na przykład z delegacją nauczycieli do Poczdamu. Miałem dobry aparat z długim obiektywem i nie bacząc na zakazy, obfotografowywałem mur berliński. W pewnym momencie wypatrzył mnie ojciec przykładnej rodzinki, która spacerowała ulicą. W jednej chwili miałem na karku milicję. Nie skonfiskowali mi sprzętu chyba tylko dlatego, że nasz NRD-owski opiekun musiał być ważniejszy w hierarchii od tamtego donosiciela. Tego typu zakazy należały do stałych absurdów ówczesnej rzeczywistości także u nas. Zdobiły nawet budki dróżników i toalety dworcowe. Gdy już fotografowałem dla gazet, nieźle musiałem się czasem natłumaczyć, zanim ważny pan stróż pozwolił zrobić zdjęcie.

- Czym różniła się tamta praca od dzisiejszej fotoreporterki?
- Dobrze wiesz czym, bo przecież przez wiele lat najpierw w „TO”, później w „Gazecie Opolskiej” penetrowaliśmy razem teren. Nie robiliśmy zamieszenia wokół siebie, to chyba najważniejsza różnica. Umieliśmy też słuchać ludzi. Dzisiaj wszystko jest na sprzedaż, a najlepiej, gdy leje się krew albo ktoś leży z głową w rynsztoku. Starałem się pokazywać osoby w taki sposób, żeby ich nie ośmieszać czy nie kompromitować, co przecież jest bardzo łatwe, bo każdego można uchwycić z głupią miną albo w momencie, gdy dłubie w nosie. Patrzyłem na świat tak, żeby nie epatować ludzkim nieszczęściem i nie przekraczać granic, za którymi nie obowiązują już żadne zasady. Do dziś pamiętam tragiczny wpadek koło „Niedźwiednika”. Urwała się naczepa samochodu ciężarowego, która zmiażdżyła jadącą przeciwległym pasem skodę. Kierowca miał dosłownie oddzieloną głowę od tułowia. Musiałem tak skadrować zdjęcie, żeby nie było tego widać, co dzisiejszych młodych fotoreporterów pewnie rozśmieszy. Nieboszczyk bez głowy to przecież teraz najlepszy materiał na czołówkę.

- Wchodziłeś jednak w sytuacje dla mediów niedostępne, robiłeś tematy dość intymne.
- Myślisz o porodzie? Jak pamiętasz, wymyśliliśmy to na Dzień Matki, Wcześniej uzyskałem jednak zgodę kobiety, która miała rodzić. Choć skupiłem się przede wszystkim na jej twarzy, fotoreportaż i tak wywołał u niektórych szok, głównie z względu na zdjęcie dziecka, które nie zostało jeszcze odcięte od pępowiny, nie zostało nawet umyte. Dużo wcześniej fotografowałem w Kędzierzynie-Koźlu operację chirurgiczną. Sam sobie się dziwiłem, że nie uciekłem z sali, bo należę do ludzi, którzy raczej źle znoszą takie widoki. Umiałem się chyba skoncentrować na tym, co widzę przez obiektyw, a nie co przeżywam.

- Zazdrościsz dzisiejszym fotoreporterom postępu technicznego, który dokonuje się niemal z dnia na dzień?
- Trochę tak, zwłaszcza, gdy przypominam sobie różne lęki i stresy. Nigdy nie mogłem być pewny na sto procent, co utrwaliło się na filmie, dopóki go nie wywołałem. Nie miałem możliwości puszczenia serii ujęć, a potem wybrania najlepszego, na co dzisiaj pozwala każda cyfrówka. Pamiętam na przykład niesamowitą presję, która towarzyszyła mi w czasie wizyty Jana Pawła II na Górze św. Anny. Wykonywałem wtedy dokumentację dla opolskiej kurii i przez całe nabożeństwo nie mogłem uwolnić się od myśli, że gdyby wysiadł sprzęt albo gdybym coś zawalił, to w żaden sposób nie da się tych ujęć powtórzyć. Niezależnie od techniki, również dzisiaj decydująca jest rola człowieka. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia z takich konkursów, jak World Press Photo, żeby sobie uświadomić, że najlepszy automat nie przyciśnie za nas w odpowiednim momencie spustu migawki, nie uchwyci najlepszego kadru, nie zarejestruje emocji.

- Biuro Wystaw Artystycznych zorganizowało przed opolskim ratuszem plenerową wystawę twoich fotografii. Jak tę retrospektywę, pokazującą zmieniające się miejsca i ludzi, odbierali przechodnie?
- Dostałem kilka telefonów od ludzi, którzy byli uczestnikami bądź świadkami dawno minionych sytuacji, pamiętali nieistniejące już miejsca. Namawiali mnie, żeby spróbować zebrać zdjęcia w książce, bo to w końcu kawał naszej wspólnej historii.