Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Życie w kolorze euro


Ewa Mogilińska 06.04.2014

Ania Wiśniewska powinna być szczęśliwa ? dziesięć lat pracy w Niemczech. Zarabiała duże pieniądze, żyła w luksusie. Nikt jej nie oszukał, a jednak przegrała swoje życie. Nie ma ani grosza, ani zatrudnienia w Polsce


Uśmiech nie schodzi jej z twarzy, gdy opowiada o swojej przeszłości. Od dziecka wszystkim pomagała - mamie opiekować się czwórką młodszego rodzeństwa, tacie - w pracach w polu. Liczyła się tylko rodzina, mimo że często na obiad jedli ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Ojca nie było stać na profesjonalny sprzęt rolniczy, a niewiele mógł zdziałać własnymi siłami. Ania kochała wieś, ale chciała zdobyć wykształcenie. To miała być jej przepustka do innego świata. Technikum ekonomiczne skończyła z najlepszymi ocenami. Świetnie godziła naukę i obowiązki domowe, które narastały w lawinowym tempie. Matka zachorowała z dnia na dzień i już nie wstawała z łóżka. Na Ani spoczął obowiązek dopilnowania „drobiazgu”, jak nazywali Agatkę, Piotrusia, Witka i Monikę.

Kilka miesięcy potem spotkała ją nagroda. W Opolu przeżyła pierwszą miłość. Był młody, przystojny i wykształcony. Tworzyli piękną parę. Zimą chodzili do kina, i do parku, który tonął w śniegu. W lecie czar nagle prysnął. Ania musiała pomagać przy sianokosach. Marek nie garnął się do pracy w polu. Zaczął patrzeć z niesmakiem na swoją dotychczasową dziewczynę w gumiakach.

Na dalszą naukę nie było stać jej rodziców, więc podjęła pracę w prywatnej firmie podatkowej. Wiecznie uśmiechnięta szybko podbiła serce szefowej. Płaciła niewiele, ale zawsze pomagała dziewczynie dorobić, a to przy sprzątaniu, a to przy dodatkowych zleceniach. W domu jednak było coraz ciężej. Każdą złotówkę Ania przeznaczała na ubrania dla wiecznie rosnącego rodzeństwa. Nigdy się nie skarżyła. Dla siebie zatrzymywała tylko niewielką część zarobków - starczyło na pokrycie wynajmu małego pokoiku. Jadła niewiele, bo przecież „drobiazgi” miały większe potrzeby. Lekarstwa dla matki były coraz droższe.

Zapomnieć o sobie

Wszystko zmieniło się w jeden dzień. Do szefowej przyjechała jej dawno niewidziana przyjaciółka z Niemiec - elegancka kobieta z pieskiem w śmiesznym czarnym ubranku. Roześmiana Ania wpadła jej w oko. Kilka godzin potem proponowała jej pracę w Essen za pieniądze, o których wcześniej dziewczyna nawet nie śniła.

Wchodząc do nowego domu, nie wiedziała, że spędzi w nim dziesięć lat. Obowiązków miała co niemiara - opieka nad czworonożnym Pitem, gotowanie, pranie, sprzątanie ośmiu luksusowo urządzonych pokoi i dwóch łazienek. Szybko jednak nabrała wprawy. Każdy dzień miała zaplanowany. Pani Ela polubiła ją niemal tak mocno jak maleńkiego yorka. Zabierała ją do teatru, na wspólne wyprawy po sklepach. Ania nie umiała wytłumaczyć, dlaczego nie chce kupić sobie spódniczki - w sam raz na nią, jak mawiała jej chlebodawczyni.

Wszystkie zarobione pieniądze wysyłała do rodzinnej wsi. Sama przecież niczego nie potrzebowała. Starszemu rodzeństwu kupowała tornistry, piórniki i zeszyty. Po kilku latach w gospodarstwie pojawił się traktor i nowa kosiarka. Ania odwiedzała domowników dwa razy do roku - najczęściej w czasie Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Podczas jednej w wizyt poznała Mariusza z sąsiedniej wsi. Po śmierci ojca to on opiekował się rodziną. Byli do siebie podobni. Zaczęło się od pisania listów. Pani Ela pozwoliła, aby Mariusz odwiedził Anię w Essen. Udało mu się znaleźć pracę kilka kilometrów od niej w firmie budowlanej. Widywali się w każdej wolnej chwili. Razem jeździli do Polski.

Głupich nie potrzebujemy

I nagle jej życie zaczęło przypominać scenariusz filmowy. Gdy powiedziała młodemu mężczyźnie, że jest w ciąży, chwycił ją w ramiona, ale jej nie było do śmiechu. Łzy cisnęły się do oczu, gdy powiadomiła o tym panią Elę. Pozwoliła jej pracować, dopóty będzie miała siły. Gdy wracała w zaawansowanej ciąży do Polski, w walizce wiozła wyprawkę dla malucha, którą kupiła jej pani Ela na pożegnanie. Mariusz postanowił jeszcze trochę popracować na budowie, żeby dorobić kilka groszy dla żony i nienarodzonego dziecka.

W Polsce po raz pierwszy przeżyła wstrząs. Nie miała zupełnie nic, oprócz dobrych wspomnień i wielkiego brzucha. Rodzice pocieszali, że jakoś wspólnie dadzą sobie radę. Przecież przetrwali gorsze czasy. Po urodzeniu Łukasza postanowiła znaleźć zajęcie. Okazało się to trudniejsze niż przypuszczała. Nikt nie chciał trzydziestoletniej kobiety bez kwalifikacji, stażu pracy i z małym dzieckiem. O niemieckim doświadczeniu nawet nie wspominała. - To po co wracałaś, głupia - usłyszała od właściciela butiku. - My głupich nie potrzebujemy.

Udało jej się dorobić w warzywniaku, ale nie starczało nawet na jedzenie. Wtedy dopiero zdała sobie sprawę, że brakuje jej dziesięciu lat w życiorysie. W rodzinnym domu zrobiło się nagle zbyt ciasno. Po powrocie Mariusza Ania przeprowadziła się do męża. Zamieszkali w pokoju, który dzielili z dwójką jego młodszego rodzeństwa. Nie było ich stać na mieszkanie. Nikt nie chciał zatrudnić mężczyzny na stałe - to się nie opłacało.
Ania nie zamierzała jednak złożyć broni. Wywalczyła posadę w sklepie. 720 złotych na rękę, do tego ZUS i podatki. Wreszcie stała się pełnowartościowym pracownikiem. Od roku biegną jej lata do emerytury. Mariusz wyjechał do Holandii, aby mogli jak najszybciej wynająć własny kąt. Piszą do siebie listy. Czasami dzwoni do żony, ale rzadko, bo to przecież kosztuje. Łukaszem zajmują się na zmianę babcie i rodzeństwo Ani. Młodsza siostra Agata, pojechała na wakacje do Niemiec. Dorabia u krawcowej. Każdy zarobiony grosz przynosi do domu. I nie przejmuje się, że za kilka lat na jej zusowskim koncie nie będzie złamanego grosza.

Imiona, nazwiska i szczegóły zostały zmienione na prośbę bohaterki.