Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Manhattan po polsku


Agnieszka Malik 26.05.2014

Fatum dopadło Anię w połowie lipca. Przed południem krążyło leniwie po miasteczku. Miało 31 lat, żonę, małe dzieci, przyjemny wyraz twarzy i imię Sławomir. Do fatum Ania mówiła: wujku.


W sierpniu Ania obchodziłaby 16 urodziny. Dwa miesiące wcześniej odebrała świadectwo gimnazjalne. Jak większość dziewczyn w miasteczku miała dwie możliwości: zdobyć jakikolwiek zawód i zahaczyć się choćby na sprzątaczkę w tutejszym szpitalu lub zostać bezrobotną. Ona chciała jednak czegoś więcej. Złożyła papiery do technikum leśnego. To zaledwie parę kilometrów od domu, ale renomowana szkoła pachniała nie tylko lasem. Także powiewem lepszego świata, bo uczy się w niej młodzież z całej Polski.

Fatum dopadło Anię w połowie lipca. Przed południem krążyło leniwie po miasteczku. Miało 31 lat, żonę, małe dzieci, przyjemny wyraz twarzy i imię Sławomir. Do fatum Ania mówiła: wujku. Po południu wujek zgwałcił ją kilkakrotnie i zmiażdżył jej krtań. Potem poszedł na piwo, a ona została naga na dywanie, z rozerwaną miednicą, cała we krwi. Umierała. W tym czasie on dowcipkował w knajpce nazwanej przewrotnie „Manhattanem”, która o dziewiętnastej zgromadziła już komplet stałych bywalców. Wtedy wujek poszedł do ojca Ani i zapytał, kiedy córka przyjdzie umyć te cholerne okna - tak jak umówili się dzień wcześniej. Chciała przecież zarobić trochę grosza w czasie wakacji.

Od tamtego wieczoru Barbara bała się wychodzić z domu. Znała Sławka jeszcze z podstawówki. Kiedy skończyli 18 lat, uciekła na studia do wojewódzkiego miasta. Byle dalej od Zdroju. Nikt już nie pamięta, kto pierwszy wpadł na pomysł, żeby tak przechrzcić miasteczko. Matka jednego z radnych po powrocie z wczasów w Polanicy opowiadała, jak kuracjusze przysiadają na zdrojowych ławkach, odpoczywają i piją wodę prosto ze źródeł. No to chłopy z baru zaczęły się naśmiewać: „U nas jeszcze lepszy zdrój, bo szpital mamy, ławek też nie brakuje, a piwo lepiej kaca leczy niż woda”. I tak już zostało.

Bóle prosto z książki
Po pięciu latach Basia zdobyła tytuł magistra filologii. W tym czasie Sławek dorobił się dwójki dzieci, a jego żona na całym ciele wielu mężowskich siniaków. W wylęgarni starych panien - jak żartobliwie nazywano WSP - Barbara nie znalazła męża. Na roku było tylko dwóch facetów, a do tego mało rozgarniętych. W opolskich szkołach nie dało się zatrudnić bez koneksji, więc musiała wsiąść do autobusu i na dobre przywitać się z rodzinnym domem. W Zdroju pracy dla niej też nie było. Co miesiąc wyruszała w półgodzinną podróż do pośredniaka. Podpisywała listę, chwilę kręciła się koło powiatowego ratusza, robiła najpotrzebniejsze sprawunki i wracała do miasteczka, gdzie szczęście miało prostą miarę. Za ludzi sukcesu ulica uznawała tych, którzy zdołali się stąd wyrwać. Dokądkolwiek.

Kiedyś za pięćdziesiąt złotych, które dał jej ojciec na urodziny, Barbara kupiła książkę „Nie daj zaskoczyć się chorobie” i zaczęła uważnie wsłuchiwać się w swój organizm. Musiała to zrobić. Coraz częściej bolały ją trzewia, ręce i nogi, a nawet mózg. Nie miała sił, żeby rano zwlec się z kanapy. Badania nic nie wykazywały, ale Basia wiedziała swoje. Krew, mocz, opad wszystko w porządku - słyszała niezmiennie w gabinetach lekarskich, choć z dnia na dzień czuła się coraz gorzej.

Gdy nie potrafiła utrzymać długopisu w ręce, dostała się na oddział neurologii. Rezonans magnetyczny, punkcja kręgosłupa i tomografia komputerowa nie wykazały żadnych zmian w organizmie. Trzy tygodnie badań i powrót do Zdroju z jednoznaczną diagnozą: powinna przestać wmawiać sobie choroby i zająć się czymkolwiek. Pięć dni potem jej oczy opanowały nieustanne mroczki. Wyobraźnia atakowała z całą intensywnością: Barbara podejrzewała u siebie stwardnienie rozsiane, tętniaka, przez którego ciągle bolała ją głowa, nowotwór piersi, ostre zapalenie kłębuszków nerkowych, zawał mięśnia sercowego, udar i rakowiejące wrzody. Kolejny szpital jeden, trzeci i piąty - lekarze wciąż bezradnie rozkładali ręce. W Zdroju ludzie zaczęli jej współczuć. Niektórzy rozprawiali po kątach, że pewnie od tej nauki w głowie jej się przewróciło.

W końcu ojciec wyjął pieniądze i kazał Barbarze iść do psychologa. Zaliczyła trzy wizyty, jednak nic się nie zmieniło. Wtedy dogadał się z kumplem dyrektorem i załatwił córce odpowiednie lekarstwo - pracę w miejscowej szkole. Tej samej, w której uczyła się Ania, zanim dopadło ją fatum. Jedna z nauczycielek poszła na macierzyński, ale wszyscy wiedzieli, że spotkało ją dużo większe szczęście. Wyjechała do męża, który na dobre osiadł w Holandii. Barbara chwyciła się umowy zlecenia, a po czterech latach, kiedy kobieta zwolniła wreszcie etat, otrzymała stałą pracę. Zdobyła tytuł nauczyciela kontraktowego i bierze 2500 zł brutto. Lęki przed życiem może miewać tylko po lekcjach.

Wstyd zostaje w domu
Basia nie widziała policjantów, którzy prowadzili skutego Sławomira przez centrum Zdroju, trzymając pod pachą kukłę z wymalowanym sztubacko uśmiechem na szmacianej twarzy. Nie widziała ludzi zaciskających pięści pod domem Ani, gdy zabójca pokazywał na lalce to, co zrobił dziewczynie. Wiozła wtedy koleżankę ze szkoły na autostradę biegnącą kilkadziesiąt kilometrów od miasteczka. Znajomi mieli ją zabrać do Niemiec, gdzie sprzątała podczas wakacji biura, żeby dorobić do nauczycielskiej pensji.

- Ciekawe, czy Klara nadal wabi kierowców - zastanawiała się na głos Teresa - Nasze dawne uczennice wstydu nie mają. Zamiast się uczyć stoją na poboczu.

- Wstyd zostawiają w domu - pomyślała Baśka.

To prosty sposób w Zdroju na dorobienie do zasiłku.
Na pogrzebie Barbara też nie była. Może ze strachu, żeby nie wróciły lęki, a może dlatego, że jakoś tak wyszło. Akurat zadzwoniła przyjaciółka, która od pół roku pracuje w Neapolu. Najpierw przy pomidorach, a teraz jako opiekunka 82-letniego nobliwego pana. Dziadek mieszka z dwoma synami: architektem i adwokatem. Blond włosy i niebieskie oczy Krysi wywołują u facetów niekończący się ślinotok. Testosteron się burzy. Staruszek z zaawansowanym Alzheimerem ciągle zapomina kim jest i do czego służy łyżka. Nie pamięta nawet, gdzie znajduje się toaleta.

- Ale gdy tylko zaprowadzę go do muszli - żaliła się przez telefon przyjaciółka - wali konia i powtarza bez przerwy „bella donna”, „bella donna”.

Adwokat już kilkakrotnie padał przed nią na kolana. Obiecał, że będzie kochał jej 13-letnią córkę, jak własne dziecko. Ojca dziewczynki Krysia poznała w dyskotece. Był od niej dziesięć lat starszy i miał kilkuletniego syna, którego widział tylko raz w życiu. Zaiskrzyło między nimi w samochodzie po kawałku The Animals „Dom wschodzącego słońca”. Gdy dowiedział się o ciąży, pił przez tydzień. W końcu spakował torbę i został szczęśliwym człowiekiem gdzieś w Europie. Krystyna odnalazła go dzięki gadatliwym kumplom, którzy w barze „Manhattan” rozprawiali co wieczór o tym, jak to Zdziśkowi się powodzi. Teraz płaci co miesiąc 400 zł alimentów i udaje korespondencyjnie przed sądem, że na więcej go nie stać, bo z pensji w fabryce musi utrzymać młodą żonę, kolejne dziecko i duży dom pod Frankfurtem.

Redukcja za ziemię
Krystyna ma tytuł magistra i papiery fizjoterapeutki. Gdy straciła pracę w salonie kosmetycznym, złożyła podanie w miejscowym szpitalu i czekała kilka miesięcy na bezrobotnym. W końcu ordynator zaprosił ja na rozmowę. W nocy przed spotkaniem adrenalina nie pozwoliła jej zasnąć.

- Niech pani namówi ciotkę, żeby sprzedała mi ziemię przylegającą do mego domu - usłyszała o ósmej rano. - Nie potrafię się z nią dogadać, a na pewno się odwdzięczę.

Ciotka nie chciała słyszeć o transakcji wiązanej. Nie zmieniła zdania nawet wtedy, gdy postraszono ją wymówieniem w ramach restrukturyzacji. Została zredukowana tylko ona oraz Krysia, której podanie rozpatrzono odmownie. Wtedy zostawiła córkę pod opieką rodziców i wybrała kurs na Włochy.

Od pogrzebu Ani bywalcy „Manhattanu” nie kończą sporu na temat zafajdanego życia Sławka. Siedzą na długich ławach jak w sądzie i co wieczór wprowadzają sprawę na piwną wokandę. Zapomnieli nawet o miejscowym Majku Tajsonie, który odgryzł komuś ucho w czasie bójki i poszedł za to siedzieć. Teraz do Zdroju wkroczył świat z amerykańskich filmów. Stacje telewizyjne, fotoreporterzy. Dziennikarze chcą ustalić, dlaczego Sławek zgwałcił i tak brutalnie zamordował. Przecież był kumplem ojca Ani, a jej matka przyjaźniła się z jego żoną, zaś Ania często opiekowała się dziećmi Sławka. Gdy wróci z pierdla będzie miał 52 lata, a jego żona o 25 lat więcej niż dzisiaj. Jest o czym debatować.

- Gdyby baba siedziała w domu, to by mu się nie chciało - mędrkują bywalcy przy kolejnym kuflu. - Sławek był zwyczajny chłop, a chłop ma czasem potrzebę. Ojciec lał go za bardzo w młodości, to może i na mózg coś mu się rzuciło.

W Zdroju ogólnie nie jest źle. Gazety pisały dwa tygodnie po pogrzebie Ani, że oddano most za 4 mln zł z barierkami dźwiękochłonnymi, a w centrum otwarto punkt informacji turystycznej za 375 tys. zł. Bezrobocie jak stanęło na 15 procentach, tak stoi. Gorzej by to wyglądało, gdyby nagle wrócili wszyscy pracujący na Zachodzie.

Niedawno w miasteczku pojawiła się dziwna para z Ukrainy. Wydzierżawili mały lokalik i za 50 zł od łebka zaczęli przyjmować chorych na duszy i ciele. Po Zdroju rozeszło się, że od ręki leczą babskie dolegliwości. Wystarczy piętę w odpowiednim miejscu jodyną natrzeć. Gdy Basia stanęła przed Wołodią, ten przymrużył oczy i powiedział, że na pewno mieszka blisko jakiejś patologii. Nie mógł wiedzieć, że jej sąsiad w pijanym widzie biega czasem po korytarzu z siekierą za konkubiną. Ukrainiec podał Barbarze trzy cyfry, które ma powtarzać, gdy będzie ogarniał ją smutek.

Po powrocie do domu wykonała wszystkie zalecenia specjalisty z Kijowa. Włożyła krawieckie nożyczki pod wykładzinę na progu mieszkania, żeby zła sąsiedzka energia nie wdzierała się, gdy otwiera drzwi. W pokoju wbiła w podłogę trzy noże z drewnianym trzonkiem. Narysowała na kartce piramidę, która ma wpłynąć na równowagę energetyczną w najbliższym otoczeniu i przywrócić utraconą w dzieciństwie harmonię. Uwierzyła, że pięć lat szybko minie, a potem jej życie się odmieni.

Profilaktycznie natarła lewą piętę jodyną. Tak na wszelki wypadek.