Gazeta Panorama OPOLSKA Wydawnictwo OPOLMEDIA Kontakt
panorama opolska

Wiadomości z Opola i okolic

Wtorek, 13 listopada 2018
Imieniny: Arkadii, Krystyna, Stanisławy


Spadajcie Grotowski z Opola!


aw 23.12.2009

We Wrocławiu z wielkim rozmachem obchodzi się 50-lecie teatru Jerzego Grotowskiego. W Opolu przypomniano sobie o jubileuszu niedawno, mimo że Grotowski tu właśnie zaczynał. Fety jednak nie będzie, Najwyżej jakaś wystawa oraz sesja naukowa. To i tak więcej, niż przed laty, gdy Grotowskiego z Opola wygoniono.


Z początkiem 1958 roku Państwowy Teatr Ziemi Opolskiej opuściła dwójka aktorów, Stanisława Łopuszańska-Ławska i Eugeniusz Ławski, nie kryjąc zamiaru utworzenia w Opolu drugiej, konkurencyjnej sceny. Ofertę Ławskich przyjął zarząd mieszczącego się przy ulicy Rynek 4 Domu Związków Twórczych. Kosztem 31 tysięcy złotych adaptowano niewielką salę, montując w niej poza kameralną sceną 116 krzeseł w trzynastu rzędach. Pierwsza premiera odbyta się 16 maja 1958 roku. Pokazano "Freuda teorię snów" Cwojdzińskiego. Teatr Ławskich zaczął pracować pomimo braku oficjalnej zgody centralnych władz. Ministerstwo Kultury i Sztuki oraz Centralny Zarząd Teatrów odpowiadały na kolejne podania niezmiennie: sprecyzować repertuar, ustalić imienny skład zespołu, a przede wszystkim rozważyć sens powoływania teatru w mieście, gdzie już jeden teatr istnieje. Pierwszy spektakl zagrano dwadzieścia sześć razy. Obejrzało go 4300 widzów, a wpływy ze sprzedaży biletów wyniosły ponad trzydzieści tysięcy złotych. Druga premiera odbyta się 8 listopada 1958 roku. Z Krakowa przyjechał Jerzy Grotowski i wyreżyserował "Pechowców" Jerzego Krzysztonia. Kończył się jednak czas odwilży, a nadchodził zły klimat dla prywatnej inicjatywy. Urzędnik w Wydziale Finansowym Miejskie Rady Narodowej potraktował "Teatr 13 Rzędów" jako prywatną własność Ławskich, bo placówka nie miała państwowej pieczęci, i nałożył na nich podatki jak na zdunów, szewców czy stolarzy. Mianowani tym sposobem "rzemieślnicy" spakowali walizki i wyjechali do Katowic, a szczęśliwe kierownictwo Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej obiecało w upojeniu jedynaka kontynuować program Ławskich, czyli wystawiać sztuki współczesne i ambitne. O przyrzeczeniu rzecz jasna szybko zapomniano. Gdzie jest inspektor! Któregoś dnia w Opolu zjawił się Ludwik Flaszen. Należał do pierwszej linia artystycznej awangardy, musiał więc wywołać popłoch w okolicach prowincjonalnego teatru. - Znałem go już wcześniej - wspomina ówczesny prezes Domu Związków Twórczych i dziennikarz Edward Pochroń. - Kiedy więc złożył ofertę przyjazdu do Opola z Grotowskim, pomyślałem, że z tej spółki może wyniknąć coś ciekawego. W Wydziale Kultury i Sztuki WRN panowała wówczas optyka finansowa. Pani dyrektor odpowiedziała krótko: a co na to NIK? - Była to kobieta, która wszystkie ryzykowne inicjatywy załatwiała widmem Najwyższej Izby Kontroli - mówi Pochroń. - Poszedłem do sekretarza propagandy w komitecie wojewódzkim PZPR. Odpowiedział też krótko: jeśli zgłaszają propozycję, podpisuj umowę i niech kompletują zespół. Pierwszą premierą "Teatru 13 Rzędów" pod kierownictwem Jerzego Grotowskiego byt "Orfeusz" Jeana Cocteau. Kiedy Grotowski wystawił "Akropolis" według Wyspiańskiego, obecny na przedstawieniu kierownik literacki Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej podczas sceny, w której kilku aktorów kładło się do wanny, krzyknął: - Skandal? Gdzie jest inspektor bhp?! W styczniu 1963 roku "Teatr 13 Rzędów" wystąpił z "Kainem" Byrona, w kwietniu na scenie poznańskiego Teatru Polskiego Grotowski pokazał "Fausta" Goethego, 31 lipca znów w Opolu odbyta się premiera "Misterium Bufte" według Majakowskiego, a przy końcu tego roku - "Siakantuli" Kalidasy. Szok wśród publiczności wywołały "Dziady" według Mickiewicza, w których Grotowski zlikwidował podział na scenę i widownię, prze- mieszał aktorów i publiczność, którą zmusił do aktywnego uczestnictwa w spektaklu. O Opolu zaczęło być głośno w kraju i poza granicami na długo przedtem, zanim zyskało ono rangę stolicy polskiej piosenki. Od roku 1961 "Teatr 13 Rzędów" jeździł do zakładów pracy, szkół i środowisk młodzieżowych. Po spektaklach aktorzy tłumaczyli ideę swojego teatru, prowadzili dyskusje, organizowali wspólne zabawy taneczne. 22 lipca 1961 r. Grotowski otrzymał Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki za osiągnięcia społeczno-popularyzatorskie w dziedzinie teatru. Wkrótce XIII Plenum Komitetu Centralnego przyniosło radykalną zmianę klimatu. Minister kultury i sztuki Tadeusz Galiński spostponował publicznie teatr Grotowskiego za rzekomo nienormalne poczynania. Powodem krytyki było umieszczenie akcji wystawionego w roku 1962 "Kordiana" w domu wariatów. Nie widziałem, ale wiem Kiedy po plenum minister zawitał w Opolu, Grotowski zapytał, czy widział przedstawienie. - Nie widziałem, ale znam z relacji współpracowników - odpowiedział minister. - Sądów o sztuce nie można opierać na relacjach współpracowników - zauważył Grotowski. Niedługo potem nowy sekretarz propagandy Komitetu Wojewódzkiego w Opolu postawił warunek: "Teatr Laboratorium 13 Rzędów" musi wypracować 50 proc. kosztów utrzymania, w przeciwnym razie zostanie zamknięty. Podobnego ultimatum nie otrzymał Państwowy Teatr Ziemi Opolskiej ani żadna inna placówka teatralna w Polsce. Ostatnia opolska premiera - "Studium o Hamlecie" według tekstów Szekspira i Wyspiańskiego - odbyła się w marcu 1964 roku. W styczniu roku następnego teatr Grotowskiego wyjechał do Wrocławia. - Do ostatniej chwili nie chciał opuszczać Opola - wspomina Pochroń. - Mówił, że w większym ośrodku na aktorów czyha film, telewizja, a on chciał ich mieć tylko dla siebie. Po wyjeździe Grotowskiego, w lokalu przy ulicy Rynek 4 zarządzono generalny remont. Salę teatralną przemianowano na konsumpcyjną i 8 listopada 1965 roku uroczyście otwarto jako Klub Związków Twórczych. Przez lata spędzali tu wieczory, a czasem też noce dziennikarze, malarze, aktorzy i cała opolska bohema. Tu się piło i rozmawiało o wszystkim, a władza była zadowolona, gdyż miała artystów w jednym miejscu. Umyślni mogli pisać wyczerpujące raporty o tym co kto powiedział, natomiast artyści żyli w przekonaniu, że w KZT można mówić wszystko. Do lokalnej legendy przeszedł architekt Zbyszek Trzoos, który zwykł był przy różnych okazjach i całkiem bez okazji wznosić okrzyk: precz z komuną! Miejsce, w którym narodził się teatr światowej renomy, zamieniło się w zadymioną salę, do której czasem zaglądał wielki świat, żeby się spotkać z prowincją. Zwłaszcza w czasie konfrontacji teatralnych i festiwali piosenki przebywanie w lokalu przy ul. Rynek 4 niezwykle nobilitowało. Można tu było usiąść przy jednym stoliku z ludźmi telewizora i nawet wypić z nimi wódeczkę. Do klubu garnęli się więc znajomi osób posiadających legitymacje wstępu. Częstymi gośćmi byli tu księgowi, ginekolodzy, dentyści, badylarze i Bóg jeden wie kto jeszcze. W kronice KZT zostawały skromne ślady tamtych wizyt. 7 marca 1966 roku Jonasz Kofta i Jan Pietrzak napisali, że jeszcze tu wrócą, a 10 marca pisarz Henryk Worcell podziękował miłym słuchaczom dwugodzinnego wieczoru i przekazał pozdrowienia. Wkrótce katowickie "Poglądy" poinformowały: "Klub miał być miejscem integracji środowisk twórczych oraz ich ujawniania się w życiu kulturalnym miasta. Nadzieje te okazały się zbudowane na pobożnych życzeniach. W salce - poza momentami, w których trwają jakieś imprezy - bywa na ogół śmiertelnie pusto". Nigdy już tu nie wrócił Na kartach kroniki można znaleźć takie niepowtarzalne wspomnienia: "W dniu 12 lutego 1970 roku o godzinie 14 wszedłem do klubu w towarzystwie 2 członków rzeczywistych. Koledzy usiedli przy stoliku, a ja poszedłem do bufetu wziąć trzy wódki. Gdy niosłem talerz z kieliszkami, tuż przed wejściem jakaś ręka wydarła mi ten talerz i po- stawiła go na stole portiera. Wszystko to dzieje się bez jednego słowa, poczym facet wraca (domyśliłem się, że to kierownik klubu), staje przede mną przybierając postawę i ton urągający najprymitywniejszym obyczajom i kulturze. Potem posypały się przykre epitety, jakieś nauczki, aż w końcu z ostatniego rzędu pogróżki. Krzyczano na mnie i wymachiwano ręką koło nosa To wszystko miało mnie nauczyć, że trzeba przy wejściu okazywać legitymację". Ten skierowany do zarządu klubu list napisał aktor Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej, B.K. Na skargę odpowiedział bardzo serio wiceprezes zarządu: "Po zapoznaniu się ze sprawą poruszoną przez Ob. ustaliliśmy, że: a) Ob. wtargnął do klubu bez okazania szatniarzowi karty wstępu, której Ob. nie posiada, jak również nie posiadały wymienionej karty osoby towarzyszące; b) na wezwanie szatniarza do okazania karty wstępu Ob. arogancko twierdził, że jest starym aktorem i kartę ma, po czym rzucił kurtkę na biurko szatniarza; c) kierownik klubu zanim rozpoczął rozmowę z Ob., przedstawił się i w odpowiednim tonie zwrócił uwagę na fakt nieprzyzwoitości, jakiej się Ob. dopuścił". W pisemną obronę wziął, aktora B.K. Zarząd Koła Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu, na co zarząd klubu odpowiedział: "Wypadek ten jest podobny do dziesiątka innych tego rodzaju, po raz pierwszy natomiast spotykamy się z taką. co najmniej zdumiewającą, reakcją SPATiF-u". W odpowiedzi wszyscy aktorzy Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej oddali solidarnie legitymacje członkowskie Klubu Związków Twórczych. 1 kwietnia 1969 roku do Opola wrócił Jerzy Grotowski. Spotkał się z publicznością w klubie, a w klubowej kronice napisał: "Znalazłem ludzi, którzy o nas nie zapomnieli, kiedy pracowaliśmy tutaj. To oni albo im podobni podtrzymywali nas na duchu. Dziękuję". Po tym spotkaniu "Trybuna Opolska" wyraziła ubolewanie z powodu dopuszczenia przed pięciu laty do wyjazdu Grotowskiego z Opola i zaproponowała zaproszenie zespołu na gościnne występy, powołując się na rozmowę z Grotowskim, który miał powiedzieć: - Jeśli zaprosicie, przyjedziemy. Sami nie chcemy się narzucać. Nie wiadomo dlaczego nie doszło do zaproszenia. Zespół Grotowskiego nigdy już w Opolu nie wystąpił. On sam podobno się tu czasem pojawiał, ale tylko prywatnie. Gdy runął PRL, Klub Związków Twórczych jeszcze przez pewien czas istniał, ale opolskiej bohemy nikt już nie chciał podsłuchiwać, więc lokal przejęło miasto, które wydzierżawiło go na komercyjną restaurację. W ścianę wmurowano dla świętego spokoju tablicę z informacją, że kiedyś był tu Grotowski. Skromną, byle jaką - jak klimat, który towarzyszył opolskiemu rozdziałowi w życiu wielkiego artysty. Nad wejściem do dużej sali klubowej, gdzie kiedyś stało 13 rzędów krzeseł, długo uchowała się szklana tabliczka, jaką można zobaczyć w teatrach. Kiedy ktoś niechcący przycisnął włącznik, czerwony napis jarzył się literami: CISZA.